Mieliście kiedyś tak? - Chcecie wyjść gdzieś zjeść, ale nie możecie zdecydować się na miejsce - ty chcesz na dobrą pastę, on/ona woli azjatyckie smaki, ktoś inny po prostu ma ochotę na coś słodkiego. Jak to pogodzić? I tu pojawia się Corcovado Delight - kolejny ciekawy kulinarny punkt na poznańskiej Śródce.
W restauracyjnym menu znajdziecie potrawy typowe dla kuchni włoskiej (jak pasty wszelakie m.in. uwielbiane przez Dawida spaghetti aglio olio, gnocchi) jak i dla kuchni azjatyckiej (m.in. udon z dodatkami różnymi, pho bo). Dla amatorów słodkości dostępne są obłędnie wyglądające ciasta i desery - o tych niestety wam nie opowiem, gdyż jako osoba starająca się być na wiecznej diecie słodyczowej po prostu nic nie zamówiłam. Mogę was jedynie zapewnić, że sam ich wygląd był mistrzowski, podejrzewam, że smak również. Dzieć nasz również z zainteresowaniem i pożądaniem przyglądał się wystawionym deserom, głośno krzycząc "poproszę ciasto jagodowe" ;-) Niestety takowego nie było ;-)
Spróbowaliśmy dań zarówno azjatyckich jak i włoskich. Dawid skusił się na pho bo, które było bardzo aromatyczne, rozgrzewające, złożone ze świeżych składników. Zostało podane z makaronem udon, jajkiem, kapustą pak choi. Jak na mój gust nieco za ostre, dla Dawida idealne :-)
Tym razem i ja zdecydowałam się na Azję - makaron udon w sosie curry z kurczakiem i świeżą kolendrą. To moje smaki :-) Jeszcze jakiś czas temu na pytanie o to, czy wolę kuchnię włoską czy azjatycką, zdecydowanie wybrałabym tę pierwszą. Dziś ten wybór nie jest dla mnie tak oczywisty. To dlatego, że poznałam takie cudeńka, że posmakowałam kuchni tajskiej, indonezyjskiej. Okazało się, że w moim sercu i żołądku ;-) jest miejsce nie tylko dla pasty, dla risotto czy gnocchi. Smakowałam więc sobie mój zamówiony udonik, mimo że ostre było dość i spokój oraz błogość roznosiły się po moim ciele :-) Tak oto się czułam - wszystko było na swoim miejscu :-)
Ala zajadała gnocchi w sosie pomidorowym - smakowało i jej i nam, gdyż mieliśmy tę przyjemność dojadać po niej :-) Sos pomidorowy był delikatny, kremowy. Na plus dla restauracji zaliczam propozycję podania 1/2 dania dla dziecka oraz zaproponowanie potrawy spoza menu, która odpowiadała w 100% gustom naszej młodzieży. Brawo! ;-)
W restauracji brak niestety udogodnień dla dzieci. Nie zauważyliśmy krzesełka do karmienia, przewijaka (a toaleta jest na tyle mała, że trudno w niej w ogóle przebrać dziecko), miejsca do nakarmienia malucha. Brak jest menu dziecięcego, jednak spokojnie z dań restauracyjnych z karty czy zaproponowanych przez obsługę, można wybrać coś odpowiedniego dla dziecka. Jak widać na powyższym obrazku fotele znajdujące się w Corcovado są odpowiednie dla dzieci (lat 2) - swobodnie siedząc w nich same mogą pałaszować pyszności. Przestrzeń restauracyjna umożliwia w miarę swobodne poruszanie się młodzieży. Nastawienie obsługi do małych gości bardzo pozytywne, czuliśmy się zaopiekowani :-)
O ile te trudności natury organizacyjnej przy wizycie z małym maluszkiem wam nie przeszkadzają (przewijak, brak miejsca do nakarmienia malucha), to polecam wam to miejsce. Jestem też przekonana, że we wszelkich trudnościach pomoże wam naprawdę miła i przyjazna obsługa. A wy bez dylematu, czy dziś Włoch czy Azja, będziecie mogli zakosztować pysznych dań z włosko-azjatyckiej karty.
CO: Corcovado Delight
GDZIE: ul. Cybińska 13, Poznań
JAK: kuchnia włoska i azjatycka
WWW: https://www.facebook.com/corcovado.cafe/
DLA DZIECKA: brak udogodnień dzieciowych
poniedziałek, 28 marca 2016
wtorek, 16 lutego 2016
Humhum
Za długo nie tłumacząc się, dlaczego tak długo mnie tu nie
było (bo praca, bo dom, bo dzieć chory, bo wolałam obejrzeć film ;-P) wracam do
pokazywania wam, jak smakowaliśmy ostatnio we trójkę. Żeby was nie zmyliła moja
nieobecność – przez ostatni miesiąc udało się nam odwiedzić Yeżyce Kuchnia,
Thanh Ha, Raj, Cafe Bajarka, Blubra Cafe, Czarne Mleko i Humhum, do którego
zabieram was dziś.
To było tak. Sobota, leniwe przedpołudnie, czyli standard –
zakupy, wizyta u pediatry (sezon chorobowy w pełni, nie pomaga pogoda typu
„wilgoć i zgnilizna” – cyt. pediatry), sprzątać by trza, obiad ugotować by
trza, ale po co, gdy tuż tuż, dosłownie 7 minut tramwajem od naszego domu można
spróbować fantastycznej libańskiej kuchni. Początkowo planowaliśmy spróbować
pulled pork’ów, ale że Wyczesane Porki w soboty otwarte dopiero od 16:00,
szukaliśmy czegoś innego. My do 16:00
dalibyśmy radę wytrzymać, dla spróbowania porków wszystko, ale dzieć nie
wybaczyłby nam tego ;-) 14:00 obiadek musi być ;-) Zatem przepiękna Śródka na
spacer i jedzonko w Humhum.
Przez ani jedną minutę przebywania w tej restauracji nie
żałowałam naszej decyzji. Począwszy od menu, którego samo czytanie doprowadzało
moje kubki smakowe do szaleństwa, skończywszy na samym jedzeniu. Na początek
hummus z awokado i kolendrą, podany z libańskim chlebkiem, zielonymi i czarnymi
oliwkami oraz jabłuszkiem kaparowym. Pełna miska z wielkim jak naleśnik chlebem
jedyne 13 zł, dobrze jest? Hummus kocham miłością od pierwszego spróbowania,
kręcony był w mej własnej kuchni przeze mnie i szczerze nie wiem, dlaczego
zaprzestałam kręcenia ;-) Teraz przypomniało mi się, jak pyszna jest ta pasta,
jak ciekawie można ją połączyć z innymi składnikami (w Humhum zjecie hummus na
kilka sposobów, m.in. w tej smakowanej przeze mnie wersji). Dawid spróbował kremowej
zupy z czerwonej soczewicy – była rozgrzewająca, dość pikantna. Młoda jako
amator zup wszelakich upierała się, że spróbuje, co skończyło się małym
wypadkiem ;-) Zupa była dla niej zbyt doprawiona, więc żeby „zabić” ostry smak
podałam jej hummus. Niestety ten też nie przypadł do gustu – skończyło się na
pluciu wszystkim dookoła ;-) Na szczęście był jeszcze tłoczony sok jabłkowy,
który ukoił jej mocne doznania smakowe ;-)
Na danie główne zamówiłam wegetariański falafel. Dawid jako
urodzony optymista i osoba patrząca na wszystko
przez różowe okulary zapowiedział „Na pewno? Będzie tłuste, wysuszone i
niedobre, no ale jak chcesz ryzykować...”. Opłaciło mi się to ryzyko – falafel (
podany w kształcie serduszka – czy to tak walentynkowo czy standardowo? nie wiem ;-))
pierwsza klasa - pachnący, chrupiący, bardziej jak pieczony niż smażony,
delikatny. Podany z grillowaną cukinią, bakłażanem, marynowanymi warzywami, z
sosami i libańskim chlebkiem. Mniam. Porcja olbrzymia (a koszt 17 zł!),
najadłam się ja, Ala a i jeszcze Dawid spróbował. Jemu również smakowało J Jego danie, jagnięcina w pomidorach, równie pyszne, aromatyczne, pełne przypraw, smakowało i
młodzieży. Podsumowując temat jedzenia: jest bardzo dobrze, jest smacznie, jest
dużo.
Organizacyjnie wizyta z dzieckiem tam może być trudna.
Restauracja jest malutka, stoliki postawione są bardzo blisko siebie, są też
niewielkie, więc rozkładanie się z dziecięcym majdanem to nie tu ;-) Nie ma
również miejsca na to, by dziecko swobodnie sobie pospacerowało po restauracji –
po pierwsze mała przestrzeń, po drugie w restauracji stoi rozgrzany piec, który
jest po prostu dla maluchów niebezpieczny. Nam trudno było opanować dwulatkę,
która wszędzie musi wejść, wszystko zobaczyć i to najlepiej sama. Brak również
udogodnień dla dzieciaków typu krzesełko, przewijaka nie sprawdziłam (za każdym
razem jak piszę post, przypominam sobie, że miałam to robić, tak samo jak
fotografować zanim zjem swoje danie ;-) ale pracuję nad tym ;-)). W menu ze
spokojem za to znajdziecie potrawy, które można podać dziecku. Czyli można bez
menu "dzieciowego" zaproponować coś zdrowego, lekkiego, smacznego, odpowiedniego
dla malucha.
Chciałabym jeszcze podkreślić bardzo miłą, uprzejmą i
sympatyczną obsługę w restauracji. Lubię również, gdy w restauracji widać kuchnię
i to, jak powstają potrawy. Tu też to znajdziecie. Podoba mi się również
wystrój restauracji, kolory i atmosfera miejsca, nieskrępowana, swobodna, po
prostu przyjazna.
Dla samego jedzenia warto się tu wybrać, mimo pewnych
niedogodności związanych z pobytem tam z dzieckiem. Polecam dla rodziców z
małymi maluszkami (nie chodzącymi) lub nieco bardziej wyrośniętymi, umiejącymi
usiedzieć na miejscu 15 min. (czas jedzenia zakładam ;-)) brzdącami. My
ogarnialiśmy tam dwulatkę - wytrzymała tyle, na ile starczyło jedzenia i picia
;-)
Wrócimy jednak, bo dla tych smaków warto, jest jeszcze kilka
potraw z menu, które chciałabym spróbować. Dziecko najwyżej damy do kuchni do
pomocy ;-)
CO: Humhum
GDZIE: Ostrówek 15, Poznań
JAK: kuchnia libańska
WWW: https://www.facebook.com/humhumpoznan/
DLA DZIECKA: brak udogodnień dla rodzin z dziećmi, ale to jedzenie..... :-)
sobota, 16 stycznia 2016
Cafe Leniwiec
Dziś wpis szczególny, bo urodzinowy. Nasza córa kończy dziś dwa lata, a dokładnie skończyła o 5:40. Dwa lata temu byłyśmy już razem kilkanaście godzin. Kilkanaście intensywnych godzin, podczas których dobitnie dała mi do zrozumienia, co myśli na temat spania ;-) I to nie były przyjazne dla mnie myśli. W kolejnych kilkunastu pokazała mi, że również w nocy spanie jest dla niej przereklamowane. Oczywiście przez te dwa lata dużo w tym (i innych) tematach się zmieniło, ale nadal przyznam, że miałam inne wyobrażenia na temat funkcjonowania dwulatka ;-P To przecież takie duże dziecko ;-)
Tymczasem co dwulatek potrafi?
- powiedzieć "widelca mamy dać!", "taty kapcie moje", "nie do żłobka" ;-P, "o jeeezzzzuuu" ;-) i moje ulubione "tata kocha mamę, mama kocha tatę, tata kocha Alę, mama kocha Alę" ;-*
- zaśpiewać samemu sobie "sto lat", kończąc słowami "niech żyje nam, a kto? Alusia!"
- zażądać: ciepłe/zimne pici, jabuszko/kiwi/parówa/rogala/buła/ogólka/rodzynki, baja o kotku, baja o smoku, baja o statku, o łosiu baja, o śniadanku baja...
- urządzić histerię
- obsługiwać smartfona
- przywołać się do porządku - "ogarnij kobito!"
Dwulatek boi się też Wiedźmina ("boje pana"), ma swoje preferencje ubraniowe, uwielbia zwierzaki ( bez wzajemności).
Czego nie potrafi?
- spać od 20:00 - 8:00 bez pobudek (ale sobie wymarzyłam ;-P)
- jak się obudzi - samemu zrobić sobie śniadanie i zająć się kulturalnie sobą z szacunkiem podchodząc do snu, który tak należy się jego strudzonym rodzicom ;-)
- zorganizować sobie samodzielnego zajęcia na dłużej niż 5 min.
Ale to nic w porównaniu z tym, że nie potrafi przestać być najwspanialszym słodziakiem :-)
Czyż nie? ;-)
Z okazji urodzin zorganizowaliśmy przyjęcie w Cafe Leniwiec, w którym kilka miesięcy temu byliśmy na kawie i słodkościach ( poczytacie o nim tu: http://cafeleniwiec.pl/ i tu: https://www.facebook.com/cafeleniwiec.
Leniwiec to kawiarnia, bawialnia, miejsce warsztatów i zajęć dla dzieci oraz dorosłych, sklep z drobiazgami w jednym. Jak informują nas na stronie internetowej właścicielki: "Naszym marzeniem było stworzenie miejsca, w którym odnajdą się zarówno dorośli, jak i dzieci, miejsca spotkań całych rodzin, czy przyjaciół pragnących spędzić wieczór grając w gry planszowe i wreszcie miejsca pachnącego domowym ciastem. Autorską aranżację wnętrza oparłyśmy z jednej strony na dużym stole idealnym do wspólnego spędzania czasu w większym gronie, a z drugiej na stale dostępnej sali zabaw pełnej inspirujących gier i zabawek, dających dzieciom zajęcie na długi czas." Moim zdaniem udało się to spełnić stu procentach. Kawiarnia jest bardzo przytulna, domowa. Z części kawiarnianej, w której znajduje się ów duży stół (oraz kilka mniejszych, krzesła, fotele) widać część zabawową, w której swobodnie mogą bawić się dzieci. A atrakcji dla nich nie brakuje - książki, gry, klocki, przytulanki, zabawki edukacyjne, mini kuchnia, samochodziki. Do tego wygodne poduchy, na których można się wylegiwać. W tej samej sali znajdują się również wygodne kanapy i stoliki, przy których można wypić kawę czy zjeść coś pysznego.
I w tym miejscu przechodzimy do jedzenia :-) (choć wybaczcie, dziś o tym jedzeniu nieco mniej - naszły mnie refleksje okołourodzinowe, poza tym w Leniwcu na równi z jedzeniem ważna jest dla mnie ta przestrzeń i atmosfera).
Przyjęcie zaczęliśmy od pysznego kremu z pieczonych pomidorów - zupa idealna również dla dzieci, które z prędkością światła pochłonęły swoje porcje. Podana została z oliwą i płatkami migdałów. Miała kremową konsystencję, głęboki pomidorowy smak i zapach lata. Mniam. A poniżej dokumentacja fotograficzna (i na tym kończą się moje dzisiejsze foty ;-) obiecuję wam jednak rozwój w temacie wizualnej strony moich relacji, muszę tylko mniej rzucać się na jedzenie i pamiętać o robieniu zdjęć przed tzw. konsumpcją ;-P).
Następnie kosztowaliśmy pierogów: szpinakowych, ruskich, z wolno duszoną cielęciną, z kapustą i grzybami. Wszystkie farsze smakowite, mnie najbardziej przypadł do gustu szpinakowy i mięsny. Ciasto pierogowe było cienkie, miękkie, idealne.
Na kulinarny plus zasługuje też sam urodzinowy, malinowy tort. Był delikatny, mocno owocowy i dopasowany do małych gości. Podobnie ciasta (sernik, jabłecznik, ciasto cytrynowe) - każde z nich pachniało i smakowało po prostu domowo, pysznie. Do tego piliśmy dobrą kawę i herbatę. I tak sobie biesiadowaliśmy, siedzieliśmy w miłej atmosferze (co niektórzy, inni ogarniali małe towarzystwo ;-))
Polecam wam to miejsce na wszelkie przyjęcia rodzinne z udziałem dzieci.
Jedyny minus, jeśli miałabym się do czegokolwiek negatywnie odnieść, to to, że nasz szesnastoosobowy stolik obsługiwała jedna osoba, w związku z czym zanim wszyscy otrzymali swoje dania czy kawę mijało trochę czasu. Chcąc jeść w tym samym czasie ze wszystkimi, pierwsza z obsłużonych osób musiała się liczyć, że jej danie nieco wystygnie. Mimo tej uwagi, myślę że całe przyjęcie było bardzo udane (poproszę ewentualnie gości o komentarz ;-)), stąd moja pozytywna rekomendacja.
Do Leniwca przyjedziemy pewnie jeszcze nie raz.
Może się tam spotkamy? Chcecie? ;-)
CO: Cafe Leniwiec
GDZIE: os. Na Murawie 8/1, Poznań
JAK: kuchnia domowa (zupy, makarony, pierogi, ciacha)
WWW: www.cafeleniwiec.pl
DLA DZIECKA: wiele by wymieniać ;-) to miejsce stworzone dla dzieci, są tu krzesełka do karmienia, przewijak, nocniczki, przybory higieniczne, podnóżek do umywalki, bawialnia z mnóstwem atrakcji (książki, klocki, przytulanki, gry planszowe, zabawki wszelakie). Menu jest dostosowane do dzieci.
Tymczasem co dwulatek potrafi?
- powiedzieć "widelca mamy dać!", "taty kapcie moje", "nie do żłobka" ;-P, "o jeeezzzzuuu" ;-) i moje ulubione "tata kocha mamę, mama kocha tatę, tata kocha Alę, mama kocha Alę" ;-*
- zaśpiewać samemu sobie "sto lat", kończąc słowami "niech żyje nam, a kto? Alusia!"
- zażądać: ciepłe/zimne pici, jabuszko/kiwi/parówa/rogala/buła/ogólka/rodzynki, baja o kotku, baja o smoku, baja o statku, o łosiu baja, o śniadanku baja...
- urządzić histerię
- obsługiwać smartfona
- przywołać się do porządku - "ogarnij kobito!"
Dwulatek boi się też Wiedźmina ("boje pana"), ma swoje preferencje ubraniowe, uwielbia zwierzaki ( bez wzajemności).
Czego nie potrafi?
- spać od 20:00 - 8:00 bez pobudek (ale sobie wymarzyłam ;-P)
- jak się obudzi - samemu zrobić sobie śniadanie i zająć się kulturalnie sobą z szacunkiem podchodząc do snu, który tak należy się jego strudzonym rodzicom ;-)
- zorganizować sobie samodzielnego zajęcia na dłużej niż 5 min.
Ale to nic w porównaniu z tym, że nie potrafi przestać być najwspanialszym słodziakiem :-)
Czyż nie? ;-)
Z okazji urodzin zorganizowaliśmy przyjęcie w Cafe Leniwiec, w którym kilka miesięcy temu byliśmy na kawie i słodkościach ( poczytacie o nim tu: http://cafeleniwiec.pl/ i tu: https://www.facebook.com/cafeleniwiec.
Leniwiec to kawiarnia, bawialnia, miejsce warsztatów i zajęć dla dzieci oraz dorosłych, sklep z drobiazgami w jednym. Jak informują nas na stronie internetowej właścicielki: "Naszym marzeniem było stworzenie miejsca, w którym odnajdą się zarówno dorośli, jak i dzieci, miejsca spotkań całych rodzin, czy przyjaciół pragnących spędzić wieczór grając w gry planszowe i wreszcie miejsca pachnącego domowym ciastem. Autorską aranżację wnętrza oparłyśmy z jednej strony na dużym stole idealnym do wspólnego spędzania czasu w większym gronie, a z drugiej na stale dostępnej sali zabaw pełnej inspirujących gier i zabawek, dających dzieciom zajęcie na długi czas." Moim zdaniem udało się to spełnić stu procentach. Kawiarnia jest bardzo przytulna, domowa. Z części kawiarnianej, w której znajduje się ów duży stół (oraz kilka mniejszych, krzesła, fotele) widać część zabawową, w której swobodnie mogą bawić się dzieci. A atrakcji dla nich nie brakuje - książki, gry, klocki, przytulanki, zabawki edukacyjne, mini kuchnia, samochodziki. Do tego wygodne poduchy, na których można się wylegiwać. W tej samej sali znajdują się również wygodne kanapy i stoliki, przy których można wypić kawę czy zjeść coś pysznego.
I w tym miejscu przechodzimy do jedzenia :-) (choć wybaczcie, dziś o tym jedzeniu nieco mniej - naszły mnie refleksje okołourodzinowe, poza tym w Leniwcu na równi z jedzeniem ważna jest dla mnie ta przestrzeń i atmosfera).
Przyjęcie zaczęliśmy od pysznego kremu z pieczonych pomidorów - zupa idealna również dla dzieci, które z prędkością światła pochłonęły swoje porcje. Podana została z oliwą i płatkami migdałów. Miała kremową konsystencję, głęboki pomidorowy smak i zapach lata. Mniam. A poniżej dokumentacja fotograficzna (i na tym kończą się moje dzisiejsze foty ;-) obiecuję wam jednak rozwój w temacie wizualnej strony moich relacji, muszę tylko mniej rzucać się na jedzenie i pamiętać o robieniu zdjęć przed tzw. konsumpcją ;-P).
Następnie kosztowaliśmy pierogów: szpinakowych, ruskich, z wolno duszoną cielęciną, z kapustą i grzybami. Wszystkie farsze smakowite, mnie najbardziej przypadł do gustu szpinakowy i mięsny. Ciasto pierogowe było cienkie, miękkie, idealne.
Na kulinarny plus zasługuje też sam urodzinowy, malinowy tort. Był delikatny, mocno owocowy i dopasowany do małych gości. Podobnie ciasta (sernik, jabłecznik, ciasto cytrynowe) - każde z nich pachniało i smakowało po prostu domowo, pysznie. Do tego piliśmy dobrą kawę i herbatę. I tak sobie biesiadowaliśmy, siedzieliśmy w miłej atmosferze (co niektórzy, inni ogarniali małe towarzystwo ;-))
Polecam wam to miejsce na wszelkie przyjęcia rodzinne z udziałem dzieci.
Jedyny minus, jeśli miałabym się do czegokolwiek negatywnie odnieść, to to, że nasz szesnastoosobowy stolik obsługiwała jedna osoba, w związku z czym zanim wszyscy otrzymali swoje dania czy kawę mijało trochę czasu. Chcąc jeść w tym samym czasie ze wszystkimi, pierwsza z obsłużonych osób musiała się liczyć, że jej danie nieco wystygnie. Mimo tej uwagi, myślę że całe przyjęcie było bardzo udane (poproszę ewentualnie gości o komentarz ;-)), stąd moja pozytywna rekomendacja.
Do Leniwca przyjedziemy pewnie jeszcze nie raz.
Może się tam spotkamy? Chcecie? ;-)
CO: Cafe Leniwiec
GDZIE: os. Na Murawie 8/1, Poznań
JAK: kuchnia domowa (zupy, makarony, pierogi, ciacha)
WWW: www.cafeleniwiec.pl
DLA DZIECKA: wiele by wymieniać ;-) to miejsce stworzone dla dzieci, są tu krzesełka do karmienia, przewijak, nocniczki, przybory higieniczne, podnóżek do umywalki, bawialnia z mnóstwem atrakcji (książki, klocki, przytulanki, gry planszowe, zabawki wszelakie). Menu jest dostosowane do dzieci.
czwartek, 7 stycznia 2016
Pad Thai
Pad Thai mieliśmy odwiedzić już dawno, bo słyszeli my jak mówią, że smacznie, że oryginalnie tajsko, że będziemy zadowoleni. Mówiła też tak Magda Gessler w "Kuchennych rewolucjach" (co prawda dodała również parę słów krytycznych, ale smak doceniła). Zależało nam na wizycie w czasie, w którym obowiązuje specjalna oferta (menu za 60 zł, o tym za chwilę), a to tylko poniedziałek - czwartek do godz. 17:00. Ociągaliśmy się, bo i daleko, bo co dzieć tam zje, bo chyba miejsce nie na wizytę z maluchem. Ale "męska" decyzja nastąpiła 30 grudnia, w dzień urodzin Dawida ("męska", czyli moja :-) Dawida byłaby, po prostu, męska ;-P).
Po przyjściu do restauracji kelner pokierował nas do stolika, do mniejszej z sal restauracyjnych. Mieliśmy już przygotowane krzesełko do karmienia (Młoda co prawda coraz częściej się na nie obraża, ale jeszcze korzystamy. Woli "kolanka mamusi" albo podłogę ;-)). Wewnątrz restauracji jest dość ciemno (mnie trochę to przytłoczyło), intensywnie pachnie kosmetykami i... odświeżaczem powietrza. Restauracja to równocześnie salon masażu (wiem, to brzmi dziwnie) i niestety dużo bardziej od zapachów kuchni wyczuwalna jest woń olejków eterycznych. Do salonu wchodzi się przez restaurację, właśnie przez salę, w której siedzieliśmy, może dlatego też ten zapach był dla nas tak intensywny. Dodatkowo podczas naszej wizyty do restauracji wkroczyła ;-) (lubię to słowo ;-)) kobieta (manager? właściciel? nie znamy, podejrzewamy ;-)) i wyjmując odświeżacz powietrza w spray'u z torebki intensywnie rozpyliła go w toalecie, korytarzu i wejściu do restauracji (serio serio ;-)) Doprawdy chciałabym w tej restauracji czuć zapach jedzenia, które jest rewelacyjne! Odświeżaczom mówimy nie! ;-)
Przechodząc do menu - jest bardzo bogate, zawiera różnorodne potrawy nie tylko kuchni tajskiej, ale również sushi. Dawid zdecydował się na ofertę specjalną - "Jesz ile chcesz za 60 zł". W ramach oferty należy wybrać po jednej potrawie z pięciu kategorii (przystawka, sushi, zupa, danie główne, deser) i zjeść w całości :-) Wówczas cały zestaw kosztuje 60 zł. Jeśli ktoś nie podoła zjedzeniu wszystkich potraw, jest zobowiązany zapłacić za każdą z nich według ustalonego cennika. Kelner podaje potrawy jedna po drugiej, oczywiście dopiero po skosztowaniu całości danego dania :-) Porcje są nieco mniejsze niż te same dania zamawiane z karty. W naszej opinii i zważając na możliwości naszych żołądków - zjedzenie wszystkiego nie jest wyzwaniem ;-) Ale to my ;-) Jeżeli ktoś z was ma ochotę sprawdzić swoje możliwości, chętnie przyjmiemy zaproszenie na wspólne smakowanie w Pad Thai - oferujemy dojadanie niedokończonych porcji ;-) Krótkie podsumowanie zestawu, który skomponował Dawid:
- przystawka sajgonki - bardzo dobre, rewelacyjne sosy
- zupa Tom Kha - przepyszna, z pływającą weń trawą cytrynową, liśćmi kaffiru, kolendrą, mniami
- sushi - przeciętne
- danie główne Pad Thai - smakowity, poprawny, ale nie dał się na dłużej zapamiętać
- deser owoce w tempurze (banan, ananas) - pyszne
Wszystkie dania estetycznie podane przez bardzo uprzejmego i uśmiechniętego kelnera :-) Pozdrawiamy! ;-)
Ja zdecydowałam się na Phad sen sai phak (smażony makaron pszenny z warzywami znaczy się ;-)) Był bardzo smaczny, aromatyczny, chętnie pożarłabym jeszcze raz :-)
Młode nasze tradycyjnie wypiło dwie szklanki soku pomidorowego, klepiąc się przy tym po brzusiu z odgłosami "mniam mniam pycha mniam mniam". Najlepsze w soku pomidorowym jest to, że jest dla niej i sokiem, i zupą, i sosem, i keczupem ("czepukikiem"). A dla nas, że jest w każdej (o, stop, nie w każdej, ale o tym później ;-)) restauracji. Do soku zamówiliśmy jeszcze pierożki gotowane na parze Kio Nyng z ciasta wan-tan z farszem z polędwicy wieprzowej oraz rollsy z grillowanym tuńczykiem i surowymi warzywami. Wszystko pachnące, świeże, pięknie podane. Bez problemu zamieniliśmy surową rybę z rollsów na tę w wersji grillowanej, a tym samym nasze obawy dotyczące tego, że maluch nie będzie miał co zjeść, okazały się bezpodstawne.
Jak możecie wnioskować ;-) (tutaj odwołuję się do waszej uważnej lektury) z tego, co otrzymaliśmy na talerzach, byliśmy bardzo zadowoleni. Ja z chęcią wróciłabym, żeby posmakować również innych dań z karty. Obsługa restauracji przemiła, pomocna.
Sam klimat restauracji mnie nie przekonuje.
W małym stopniu dopasowana jest dla dzieci (najbardziej się bałam o to szkło na stołach ;-P) - i nie chodzi tu o menu, ale o samą przestrzeń i wygląd restauracji. Koniecznie trzeba zabrać ze sobą jakieś dzieciowe "czasoumilacze". W oczekiwaniu na potrawy, można się wybiegać w dość długim korytarzu, samemu albo z dzieckiem ;-)
Pójdziecie?
Podzielicie się wrażeniami?
CO: Restauracja Pad Thai
GDZIE: ul. Drużbickiego 61, Poznań
JAK: kuchnia tajska, sushi
WWW: http://padthairestauracja.pl
DLA DZIECKA: krzesełko do karmienia, brak przewijaka, ale toalety są na tyle duże, że spokojnie można sobie poradzić na podłodze, if you know what i mean ;-P
Po przyjściu do restauracji kelner pokierował nas do stolika, do mniejszej z sal restauracyjnych. Mieliśmy już przygotowane krzesełko do karmienia (Młoda co prawda coraz częściej się na nie obraża, ale jeszcze korzystamy. Woli "kolanka mamusi" albo podłogę ;-)). Wewnątrz restauracji jest dość ciemno (mnie trochę to przytłoczyło), intensywnie pachnie kosmetykami i... odświeżaczem powietrza. Restauracja to równocześnie salon masażu (wiem, to brzmi dziwnie) i niestety dużo bardziej od zapachów kuchni wyczuwalna jest woń olejków eterycznych. Do salonu wchodzi się przez restaurację, właśnie przez salę, w której siedzieliśmy, może dlatego też ten zapach był dla nas tak intensywny. Dodatkowo podczas naszej wizyty do restauracji wkroczyła ;-) (lubię to słowo ;-)) kobieta (manager? właściciel? nie znamy, podejrzewamy ;-)) i wyjmując odświeżacz powietrza w spray'u z torebki intensywnie rozpyliła go w toalecie, korytarzu i wejściu do restauracji (serio serio ;-)) Doprawdy chciałabym w tej restauracji czuć zapach jedzenia, które jest rewelacyjne! Odświeżaczom mówimy nie! ;-)
Przechodząc do menu - jest bardzo bogate, zawiera różnorodne potrawy nie tylko kuchni tajskiej, ale również sushi. Dawid zdecydował się na ofertę specjalną - "Jesz ile chcesz za 60 zł". W ramach oferty należy wybrać po jednej potrawie z pięciu kategorii (przystawka, sushi, zupa, danie główne, deser) i zjeść w całości :-) Wówczas cały zestaw kosztuje 60 zł. Jeśli ktoś nie podoła zjedzeniu wszystkich potraw, jest zobowiązany zapłacić za każdą z nich według ustalonego cennika. Kelner podaje potrawy jedna po drugiej, oczywiście dopiero po skosztowaniu całości danego dania :-) Porcje są nieco mniejsze niż te same dania zamawiane z karty. W naszej opinii i zważając na możliwości naszych żołądków - zjedzenie wszystkiego nie jest wyzwaniem ;-) Ale to my ;-) Jeżeli ktoś z was ma ochotę sprawdzić swoje możliwości, chętnie przyjmiemy zaproszenie na wspólne smakowanie w Pad Thai - oferujemy dojadanie niedokończonych porcji ;-) Krótkie podsumowanie zestawu, który skomponował Dawid:
- przystawka sajgonki - bardzo dobre, rewelacyjne sosy
- zupa Tom Kha - przepyszna, z pływającą weń trawą cytrynową, liśćmi kaffiru, kolendrą, mniami
- sushi - przeciętne
- danie główne Pad Thai - smakowity, poprawny, ale nie dał się na dłużej zapamiętać
- deser owoce w tempurze (banan, ananas) - pyszne
Wszystkie dania estetycznie podane przez bardzo uprzejmego i uśmiechniętego kelnera :-) Pozdrawiamy! ;-)
Ja zdecydowałam się na Phad sen sai phak (smażony makaron pszenny z warzywami znaczy się ;-)) Był bardzo smaczny, aromatyczny, chętnie pożarłabym jeszcze raz :-)
Młode nasze tradycyjnie wypiło dwie szklanki soku pomidorowego, klepiąc się przy tym po brzusiu z odgłosami "mniam mniam pycha mniam mniam". Najlepsze w soku pomidorowym jest to, że jest dla niej i sokiem, i zupą, i sosem, i keczupem ("czepukikiem"). A dla nas, że jest w każdej (o, stop, nie w każdej, ale o tym później ;-)) restauracji. Do soku zamówiliśmy jeszcze pierożki gotowane na parze Kio Nyng z ciasta wan-tan z farszem z polędwicy wieprzowej oraz rollsy z grillowanym tuńczykiem i surowymi warzywami. Wszystko pachnące, świeże, pięknie podane. Bez problemu zamieniliśmy surową rybę z rollsów na tę w wersji grillowanej, a tym samym nasze obawy dotyczące tego, że maluch nie będzie miał co zjeść, okazały się bezpodstawne.
Jak możecie wnioskować ;-) (tutaj odwołuję się do waszej uważnej lektury) z tego, co otrzymaliśmy na talerzach, byliśmy bardzo zadowoleni. Ja z chęcią wróciłabym, żeby posmakować również innych dań z karty. Obsługa restauracji przemiła, pomocna.
Sam klimat restauracji mnie nie przekonuje.
W małym stopniu dopasowana jest dla dzieci (najbardziej się bałam o to szkło na stołach ;-P) - i nie chodzi tu o menu, ale o samą przestrzeń i wygląd restauracji. Koniecznie trzeba zabrać ze sobą jakieś dzieciowe "czasoumilacze". W oczekiwaniu na potrawy, można się wybiegać w dość długim korytarzu, samemu albo z dzieckiem ;-)
Pójdziecie?
Podzielicie się wrażeniami?
CO: Restauracja Pad Thai
GDZIE: ul. Drużbickiego 61, Poznań
JAK: kuchnia tajska, sushi
WWW: http://padthairestauracja.pl
DLA DZIECKA: krzesełko do karmienia, brak przewijaka, ale toalety są na tyle duże, że spokojnie można sobie poradzić na podłodze, if you know what i mean ;-P
Subskrybuj:
Posty (Atom)


