Kiedyś, dawno, dawno temu, za siedmioma górami i rzekami (nie, nie miesiąc temu ;-P) moje wyobrażenie o kuchni meksykańskiej budowały dwa miejsca - Czerwone sombrero i The Mexican. Na tamte czasy całkiem dobre wyobrażenie ;-) A potem czas studiów się skończył ;-P
Nastał czas kuchni azjatyckiej, włoskiej, polskiej w nowym wydaniu i każdej innej, ale nie meksykańskiej. Na sentymentalne zrywy pod tytułem "może pójdziemy do The Mexican?" (moje zrywy, oczywiście), Dawid reagował dziwnym grymasem, co najmniej, jakbym chciała mu podać na obiad naleśniki (i tu wyjaśnienie - według niego naleśniki to typowa kolacja.... tak, on jest dziwny). Rok temu z ciekawości wybraliśmy się do Mamasitas na ul. Taczaka - tamtejsza kuchnia, zupełnie różna od "themeksykańskich" i "czerwonosombrerowych" specjałów, bardzo nam posmakowała. Mieliśmy tylko problem z wybraniem potrawy dla naszej półtorarocznej wówczas córy - wszystko było dość pikantne. Samą wizytę wspominam jednak bardzo sympatycznie - jedzenie było świeże, smaczne, fajnie podane. Knajpka dostosowana dla dzieci - udogodnień mnóstwo, zaczynając od krzesełek do karmienia, idąc przez kącik zabaw dla dzieci, skończywszy na dużej toalecie, gdzie można dokonać czynności wiadomych (dla mniej domyślnych - przebrać dziecko, zmienić pieluchę ;-)). Pamiętając tę wizytę skusiliśmy się ostatnio na wypad do Gringo Baru i nie żałuję ani jednej minuty tam spędzonej - było pysznie, klimatycznie, "tak inaczej" (ulubione stwierdzenie naszych mam, gdy próbują czegoś, co my gotowaliśmy, coś pomiędzy "smaczne" a "tego nie da się jeść", w kontekście Gringo Baru zastosowane w samych superlatywach :-))
I tu zaczynam swoje peany na temat tego miejsca.
RAZ - zalety dzieciowe. Są kolorowanki i kredki, jest nieskrępowana atmosfera, która powoduje, że z dzieciem będziecie się czuć po prostu swobodnie. Jest, o ile mnie pamięć nie myli, toaleta wyposażona w chusteczki nawilżane! :-) Są sztućce jednorazowe, drewniane, dla dziecka idealne. Potrawy podane są w pudełkach - możecie zapomnieć o pilnowaniu, by nic nie stało się talerzom w stylu Ludwika XV. Poza tym, jeśli dziecko czegoś nie da rady zjeść, zawsze takie pudełko możecie po prostu zapakować i zabrać ze sobą do domu. A co, nic się nie zmarnuje a i kolacja będzie ;-) Wszystkie potrawy są przygotowywane w wersji łagodnej, można je dowolnie modyfikować, uwzględniając gusta młodzieży np. zielonego nie jem, kukurydzy nie lubię itp. A! I jeszcze jedno słowo o kredkach i kolorowankach - te ostatnie nawiązują motywami do wizerunku i charakteru knajpki (wybierzcie się, sprawdźcie!), kredki są natemperowane (hihi, tu już zahaczam o naprawdę istotne dla knajpki szczegóły ;-P) i "podane" w plastikowym kubeczku - chwała za to, żadnego szkła pilnować nie trza. Jedyny minus z małym dzieciem - brak przestrzeni na przebranie towarzystwa, toaleta ku celom tym raczej się nie nadaje z racji metrażu. Ze względu na niewielkie rozmiary knajpki raczej też małe dziecko trudno nakarmić piersią w dyskretny sposób. Jedziemy dalej.
DWA - darmowa woda :-) Mała rzecz, a cieszy. Jeszcze rzadko spotykana w polskich knajpkach, a szkoda.
TRZY - atmosfera miejsca - luźna, swobodna, barowa, dosłownie kilka stolików. Są i wysokie krzesła, są i niskie ławeczki, każdy tam znajdzie przestrzeń dla siebie.
CZTERY - całkowity freestyle w doborze potraw. Działa to tak - wybierasz "dodatek skrobiowy" (enchilada, nachos, tortilla, burrito, tacos, quesadilla), wybierasz "środek" (szarpana wieprzowina, chilli con carne, kurczak, więcej nie pamiętam, wybaczcie), do tego sosy i różne różniste składniki, włączając pikantne dodatki, świeże zioła, kolendra obowiązkowo. Każdą potrawę można zamówić w różnych wersjach ostrości. Samodzielne również można "dosmaczyć". Alicja decyduje, że chce koniecznie "kłesadiję" i dostaje ją z kurczakiem, serem (zawsze 100% cheddar), papryką. Dawid próbuje tacosy, Ja również quesadilla z szarpaną wieprzowiną. Wszystko jest bardzo autentyczne, świeże. Uwielbiam w tych daniach to, że mają świeże zioła (kolendra, mniam mniam), fajne sosy, idealny dla mnie poziom ostrości. Alicja kocha posypkę z granata.
Jedzenie jest tak dobre, a knajpka tak się nam podoba, że wracamy tam po 2 tygodniach. Próbujemy jeszcze kremu z kukurydzy (pycha! z mlekiem kokosowym, na łagodny sposób, bo dzieć miał jeść, ale nie zechciał), nachosów i enchiladę. Podobnie udane spotkanie z tex-mex kuchnią, więc wróżę nam kolejną wizytę :-)
PIĘĆ - pomocna, uśmiechnięta, wyluzowana obsługa, to się liczy :-)
SZEŚĆ - dania dostaliśmy w ekspresowym tempie, wszyscy w tym samym czasie, czytaj nikt nikomu nic nie wyżerał ;-)
SIEDEM - mają na wynos i na dowóz! :-)
Krewetek nie było, ale Alicji się podobało :-) Nam, jak wyżej - bomba znaczy się :-)
Polecam! Kasia ;-))))
CO: GringoBar
GDZIE: ul. Piekary 25, Poznań
JAK: kuchnia tex-mex z polskim przytupem ;-)
WWW: http://gringobar.pl
DLA DZIECKA: o ile mnie oczy i pamięć nie mylą - nawilżane chusteczki w WC ;-), możliwość dostosowania potrawy do gustów i możliwości dziecia, darmowa woda dla wszystkich :-), niezagrażające bezpieczeństwu sztućce
czwartek, 9 marca 2017
środa, 1 marca 2017
Shrimp House Poznań
Temat KREWETKI.
Krewetki, jak wszyscy doskonale wiedzą, stanowią główny składnik dziecięcej diety ;-) Hm... raczej nie ;-) Raz silny alergen, więc nie jest polecany dla najmłodszych maluchów, dopiero odkrywających inne aniżeli mleko smaki. Dwa same dzieci niezbyt przepadają za tymi "robalami". Dlatego ilekroć pojawiamy się w restauracji, a Ala swoim cienkim głosikiem zwraca się do obsługi "poplose klewetki"(cóż za maniery ;-P), tylekroć reakcją jest wymowne spojrzenie w naszą stronę, które interpretuję jako zapytanie "serio, serio???". Otóż tak, SERIO ;-)
Scenariusz jest taki - sobota rano, młode z energią godną Ani Lewandowskiej, my trochę bardziej w stronę Grzegorza Poniedzielskiego, ale staramy się ogarniać, wszak już 7 rano. Standardowe pytanie - "Gdzie dziś jemy? Na co masz ochotę?" I tu mamy odpowiedź gwarantowaną: krewetki! Dalsza część jest różna - mogą być z "makalonem", "lyzykiem" (czytaj "ryżykiem") lub "sosikiem". "Tylko bez zielonego" (pietruszka jest ble, szczypiorek ble, kolendra obrzydliwa). Zatem kombinujemy - raz idziemy na jakiegoś Włocha (ostatnio rzadko, ponieważ staramy się unikać pszenicy, zatem ani pizza ani standardowe makarony nie wchodzą w grę), raz jakąś azjatycką szamkę. A całkiem niedawno znaleźliśmy kombinację idealną, bo i po azjatycku i po włosku się najemy, a wszystko z krewetką w roli głównej.
Drepczemy do Shrimp House zatem :-) Sam lokal jest urządzony w barowym stylu - na niewielkiej powierzchni sporo stolików, obowiązuje samoobsługa. Wystrój i atmosfera jest dość naturalna, swobodna. Nie ma strachu, że coś zniszczymy, poplamimy (a jak poplamimy to i tak łatwo będzie ogarnąć), jak dziecko zniszczy też nie będzie kłopotu ;-P Jedyny minus przy dzieciach już chodzących, że nie mają za bardzo gdzie podreptać, więc to będzie raczej wizyta na zasadzie wszedł-wyszedł ;-) (znaczy się wszedł-zjadł-wyszedł). Menu jest krótkie, bo obejmuje ok. 10 dań, ale są na tyle różnorodne, że na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Ja zdecydowałam się na krewetki w tempurze - były bomba, podobnie jak podawany do nich sos z mango. Niestety dziecko wyjadło mi dwie krewetki, bo nie mogło doczekać się na swoje danie, kolejne dwie zjadł mi Dawid, także tenteges...Nie pojadłam.
Dawid zamówił krewetkowe pho, do którego dodał sobie ekstra dwie krewetki (to jest bardzo dobre rozwiązanie! za dopłatą do każdego dania można dodać dowolną liczbę krewetek :-)) Jego pho "wjechało" jako pierwsze, zatem teoretycznie głód powinien być zaspokojony. Tymczasem wyżerał nam z talerzy i więcej go ze sobą nie bierzemy (żart ;-P) Ja nie jestem znawcą pho, Dawid ocenił je jako poprawne, jednak mało aromatyczne i przyprawione. Plus za kolendrę i naprawdę dobrej jakości składniki.
Alicja zdecydowała się na "makalon" w sosie pomidorowym, oczywiście z krewetkami, oczywiście bez zielonego (wyrozumiałą obsługa zrozumiała i zrealizowała naszą prośbę, dziękujemy w imieniu córki :-)) Makaron został pochłonięty w całości, wnioskuję zatem, że smakowało :-)
W Shrimp House podoba mi się to, że dzięki zróżnicowanemu menu, każde z nas mogło odnaleźć danie, na które akurat tego dnia miało ochotę. Podobało mi się wykonanie dań - smak, sposób podania, jakość składników, same krewetki były przepyszne.
Minusem dla mnie było to, że każde z nas otrzymało danie w innym czasie. O ile kiedyś nie stanowiło to dla mnie problemu, tak teraz, gdy idziemy do restauracji z głodnym dzieckiem, a jako pierwszy danie otrzymuje tato, to jest to proszenie się o problemy ;-) Raz z facetem (też jest głodny, chce jeść SWOJE jedzenie, Dawid "doesn't share food", jak to było u klasyka ;-P, zazwyczaj zamawia potrawy w ostrzejszej wersji, którymi nie może się z dzieckiem podzielić), drugi raz z dzieckiem (jest głodne, lubi się dzielić, pod warunkiem, że to ktoś daje jej swoje jedzenie ;-), a w tym konkretnym przypadku widzi krewetki i ma ślinotok ;-P). Poza tym zwyczajnie dużo wygodniej się smakuje z dzieckiem w restauracji, gdy każdy zajęty jest swoim talerzem ;-)
Mimo tej niedogodności na pewno Shrimp House jeszcze odwiedzimy!
CO: Shrimp House Poznań
GDZIE: Aleje Marcinkowskiego 16, Poznań
JAK: krewetki na różne sposoby
WWW: http://shrimp-house.pl
DLA DZIECKA: krzesełko do karmienia
Krewetki, jak wszyscy doskonale wiedzą, stanowią główny składnik dziecięcej diety ;-) Hm... raczej nie ;-) Raz silny alergen, więc nie jest polecany dla najmłodszych maluchów, dopiero odkrywających inne aniżeli mleko smaki. Dwa same dzieci niezbyt przepadają za tymi "robalami". Dlatego ilekroć pojawiamy się w restauracji, a Ala swoim cienkim głosikiem zwraca się do obsługi "poplose klewetki"(cóż za maniery ;-P), tylekroć reakcją jest wymowne spojrzenie w naszą stronę, które interpretuję jako zapytanie "serio, serio???". Otóż tak, SERIO ;-)
Scenariusz jest taki - sobota rano, młode z energią godną Ani Lewandowskiej, my trochę bardziej w stronę Grzegorza Poniedzielskiego, ale staramy się ogarniać, wszak już 7 rano. Standardowe pytanie - "Gdzie dziś jemy? Na co masz ochotę?" I tu mamy odpowiedź gwarantowaną: krewetki! Dalsza część jest różna - mogą być z "makalonem", "lyzykiem" (czytaj "ryżykiem") lub "sosikiem". "Tylko bez zielonego" (pietruszka jest ble, szczypiorek ble, kolendra obrzydliwa). Zatem kombinujemy - raz idziemy na jakiegoś Włocha (ostatnio rzadko, ponieważ staramy się unikać pszenicy, zatem ani pizza ani standardowe makarony nie wchodzą w grę), raz jakąś azjatycką szamkę. A całkiem niedawno znaleźliśmy kombinację idealną, bo i po azjatycku i po włosku się najemy, a wszystko z krewetką w roli głównej.
Drepczemy do Shrimp House zatem :-) Sam lokal jest urządzony w barowym stylu - na niewielkiej powierzchni sporo stolików, obowiązuje samoobsługa. Wystrój i atmosfera jest dość naturalna, swobodna. Nie ma strachu, że coś zniszczymy, poplamimy (a jak poplamimy to i tak łatwo będzie ogarnąć), jak dziecko zniszczy też nie będzie kłopotu ;-P Jedyny minus przy dzieciach już chodzących, że nie mają za bardzo gdzie podreptać, więc to będzie raczej wizyta na zasadzie wszedł-wyszedł ;-) (znaczy się wszedł-zjadł-wyszedł). Menu jest krótkie, bo obejmuje ok. 10 dań, ale są na tyle różnorodne, że na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Ja zdecydowałam się na krewetki w tempurze - były bomba, podobnie jak podawany do nich sos z mango. Niestety dziecko wyjadło mi dwie krewetki, bo nie mogło doczekać się na swoje danie, kolejne dwie zjadł mi Dawid, także tenteges...Nie pojadłam.
Dawid zamówił krewetkowe pho, do którego dodał sobie ekstra dwie krewetki (to jest bardzo dobre rozwiązanie! za dopłatą do każdego dania można dodać dowolną liczbę krewetek :-)) Jego pho "wjechało" jako pierwsze, zatem teoretycznie głód powinien być zaspokojony. Tymczasem wyżerał nam z talerzy i więcej go ze sobą nie bierzemy (żart ;-P) Ja nie jestem znawcą pho, Dawid ocenił je jako poprawne, jednak mało aromatyczne i przyprawione. Plus za kolendrę i naprawdę dobrej jakości składniki.
Alicja zdecydowała się na "makalon" w sosie pomidorowym, oczywiście z krewetkami, oczywiście bez zielonego (wyrozumiałą obsługa zrozumiała i zrealizowała naszą prośbę, dziękujemy w imieniu córki :-)) Makaron został pochłonięty w całości, wnioskuję zatem, że smakowało :-)
W Shrimp House podoba mi się to, że dzięki zróżnicowanemu menu, każde z nas mogło odnaleźć danie, na które akurat tego dnia miało ochotę. Podobało mi się wykonanie dań - smak, sposób podania, jakość składników, same krewetki były przepyszne.
Minusem dla mnie było to, że każde z nas otrzymało danie w innym czasie. O ile kiedyś nie stanowiło to dla mnie problemu, tak teraz, gdy idziemy do restauracji z głodnym dzieckiem, a jako pierwszy danie otrzymuje tato, to jest to proszenie się o problemy ;-) Raz z facetem (też jest głodny, chce jeść SWOJE jedzenie, Dawid "doesn't share food", jak to było u klasyka ;-P, zazwyczaj zamawia potrawy w ostrzejszej wersji, którymi nie może się z dzieckiem podzielić), drugi raz z dzieckiem (jest głodne, lubi się dzielić, pod warunkiem, że to ktoś daje jej swoje jedzenie ;-), a w tym konkretnym przypadku widzi krewetki i ma ślinotok ;-P). Poza tym zwyczajnie dużo wygodniej się smakuje z dzieckiem w restauracji, gdy każdy zajęty jest swoim talerzem ;-)
Mimo tej niedogodności na pewno Shrimp House jeszcze odwiedzimy!
CO: Shrimp House Poznań
GDZIE: Aleje Marcinkowskiego 16, Poznań
JAK: krewetki na różne sposoby
WWW: http://shrimp-house.pl
DLA DZIECKA: krzesełko do karmienia
niedziela, 5 lutego 2017
Luizjana/TORUŃ
W związku z moim nowym, hedonistycznym podejściem do życia ;-P w tym roku zaszalałam z organizowaniem urodzin dla męża mego. Były prezenty, były odwiedziny w poznańskich restauracjach (przepyszne śniadanie w Lavendzie na ul. Wodnej, obiad w Why Thai na ul. Kramarskiej), było kino (a jakże, "Gwiezdne wojny" brand new wjechały :-)) i był wyjazd -niespodzianka do Torunia.
Temperatura -14 za oknem oczywiście sprzyjała spacerowaniu po jakże uroczym mieście ;-P, zatem jak można się domyślić swój czas poświęciliśmy głównie na poznanie gastronomicznej oferty miasta. Moja poprzednia wizyta w Toruniu i wspomnienia kulinarne niestety nie napawały mnie optymizmem (może chodzi też o to, że wówczas była to moja pierwsza "daleka" podróż motocyklem, która zakończyła się wylaniem morza łez gdzieś w okolicach Gniezna i zapewnieniem "nigdzie dalej nie jadę", co brzmi śmiesznie w kontekście tego, że już kilka miesięcy później dojechaliśmy na motocyklu m.in. do Chorwacji ;-)) Tym razem jednak było bardzo, bardzo dobrze. Może dlatego, że przyłożyliśmy się do wyboru miejsca? Trafiło na Restaurację Luizjana, specjalizującą się w kuchni kreolskiej (w Poznaniu nie mamy szansy spróbować takich dań, stąd nasza decyzja). Na restauracyjnym www przeczytaliśmy, że właściciele spędzili siedem lat na południu Stanów Zjednoczonych i zapragnęli przenieść smaki Nowego Orleanu właśnie w toruńskie strony. Kuchnia kreolska, jak czytamy, łączy w sobie najlepsze aspekty kuchni francuskiej, włoskiej, karaibskiej, afrykańskiej oraz kuchni południa Stanów Zjednoczonych. Brzmi dobrze? Nas zachęciło :-)
To, co "sprzedało się" przez słowo pisane, potwierdzone zostało na talerzu :-) Wszystkie dania, które próbowaliśmy były rewelacyjnie smaczne, bogate w aromaty, przyprawy, zioła. Smakowały nam tak bardzo, że wróciliśmy tam jeszcze raz podczas naszego zaledwie dwudniowego pobytu (popularność i jakość kuchni potwierdzają też kolejki przed restauracją). I zapowiadam, wrócę na pewno! (koniecznie na gumbo, którego nie udało mi się spróbować). Cała nasza trójka próbowała różnorodnych dań - z przekąsek wybraliśmy krążki cebulowe (kruche, chrupiące, z pysznym sosem, numer 1 Ali), dalej poszła zupa cebulowa (idealna na takie temperatury) i rosół (tu znów Ala, pozycja z menu "dzieciowego"), z "konkretów" steki (przepyszny, kruchy stek z antrykotu podany z frytkami stekowymi, sosem i pikantną sałatką coleslaw - w takiej wersji jadłam pierwszy raz i nie chcę już w innej!), policzki wołowe podane z puree truflowym i oczywiście jambalaya! (tradycyjny nowoorleański ryż z warzywami, w wybranej przez nas wersji z krewetkami i chorizo). Na samo wspomnienie wizyty tam mam ochotę na więcej! :-) (mam nadzieję, że też to czujecie :-))
Wnętrze jest spójne z koncepcją kuchni, podobnie z muzyką.
Sama restauracja dla rodziców z małymi dziećmi może być niekomfortowa (niewiele miejsca w środku, dość ciasno ustawione stoliki, duży ruch w restauracji, brak "dzieciowych" udogodnień, mała toaleta - jak przebrać/nakarmić malucha?). Dla naszego trzylatka było ok dzięki temu, że bardzo uprzejma obsługa zaproponowała w ekspresowym tempie czasoumilacze w postaci kredek, kolorowanek. To skutecznie zajęło czas oczekiwania. Niestety wszelkie wycieczki, spacery po knajpce nie są możliwe ze względu na małą przestrzeń i możliwą kolizję z personelem ;-)
Menu "dzieciowe" jest krótkie i zawiera dość tendencyjne dania (nuggetsy, kurczak z marchewką, rosół) - trzeba jednak przyznać, że rosołek w wersji dziecięcej był bardzo smaczny. Ze spokojem można również dobrać ze standardowej karty danie dla dziecka (np. rybę czy ryż z dodatkami wszelakimi).
Kilka słów jeszcze o innych atrakcjach Torunia, również w kontekście pobytu z dzieckiem. Polecamy:
1. Centrum Nowoczesności Młyn Wiedzy, http://mlynwiedzy.org.pl/ - na sześciu piętrach znajdują się wystawy popularyzujące osiągnięcia nauki, techniki, kultury, a wszystko interaktywnie, przy wsparciu animatorów, wiele wystaw dopasowanych do nawet małych dzieci (Rzeka to nasza ulubiona :-)). Miejsce w 100% realizuje postawiony sobie cel - wzbudzanie ciekawości świata oraz upowszechnianie nowoczesnych metod kształcenia. Na dwóch piętrach znajdują się również miejsca przeznaczona do odpoczynku - są tam pufy, automaty z przekąskami i napojami, toalety. Spokojnie można tam nakarmić/przewinąć dziecko, odpocząć. Z naszą trzylatką udało się nam zobaczyć wszystkie ekspozycje, zajęło nam to (przy dość szybkim tempie) ok. 3h. Hitem była: wspomniana rzeka, czyszczenie zębów ogromną szczotką, telefon tarczowy i zaglądanie do brzucha człowieka ;-)
2. Żywe Muzeum Piernika, http://muzeumpiernika.pl/ - podczas godzinnej wizyty w muzeum (które w niewielkim stopniu wpisuje się w standardowe wyobrażenia o muzeum ;-)) dowiedzieliśmy się, jak zrobić tradycyjnie pierniki, ba! sami takie zrobiliśmy i ozdobiliśmy (maluch też!), mogliśmy zobaczyć, jak to "drzewiej" bywało z piernikowym biznesem ;-), dostaliśmy swoje wypieki w prezencie, a wszystko prowadzone lekko, z humorem, w średniowiecznym klimacie :-) Polecamy! Nudzić się nie będziecie.
A na końcu polecamy jeszcze hotel Copernicus (http://www.copernicustorunhotel.com/), gdzie i dla was i dla dzieci są: bawialnia, basen, wspaniały widok na Toruń i pyszne śniadanka (choć weekendowo dość tłoczno).
Żałujemy, że nie udało się być w Planetarium (my już widzieli te parę lat temu, ale chcieli jeszcze raz :-)) i Ogrodzie Zoobotanicznym, ale to jeszcze przed nami :-) Trzeba w końcu pielęgnować tę hedonistyczną część mojego jestestwa :-) Czołem!
CO: Restauracja Luizjana
GDZIE: ul. Mostowa 10, Toruń
JAK: kuchnia kreolska
WWW: http://restauracjaluizjana.pl/
DLA DZIECKA: menu "dzieciowe", kredki, kolorowanki
Temperatura -14 za oknem oczywiście sprzyjała spacerowaniu po jakże uroczym mieście ;-P, zatem jak można się domyślić swój czas poświęciliśmy głównie na poznanie gastronomicznej oferty miasta. Moja poprzednia wizyta w Toruniu i wspomnienia kulinarne niestety nie napawały mnie optymizmem (może chodzi też o to, że wówczas była to moja pierwsza "daleka" podróż motocyklem, która zakończyła się wylaniem morza łez gdzieś w okolicach Gniezna i zapewnieniem "nigdzie dalej nie jadę", co brzmi śmiesznie w kontekście tego, że już kilka miesięcy później dojechaliśmy na motocyklu m.in. do Chorwacji ;-)) Tym razem jednak było bardzo, bardzo dobrze. Może dlatego, że przyłożyliśmy się do wyboru miejsca? Trafiło na Restaurację Luizjana, specjalizującą się w kuchni kreolskiej (w Poznaniu nie mamy szansy spróbować takich dań, stąd nasza decyzja). Na restauracyjnym www przeczytaliśmy, że właściciele spędzili siedem lat na południu Stanów Zjednoczonych i zapragnęli przenieść smaki Nowego Orleanu właśnie w toruńskie strony. Kuchnia kreolska, jak czytamy, łączy w sobie najlepsze aspekty kuchni francuskiej, włoskiej, karaibskiej, afrykańskiej oraz kuchni południa Stanów Zjednoczonych. Brzmi dobrze? Nas zachęciło :-)
To, co "sprzedało się" przez słowo pisane, potwierdzone zostało na talerzu :-) Wszystkie dania, które próbowaliśmy były rewelacyjnie smaczne, bogate w aromaty, przyprawy, zioła. Smakowały nam tak bardzo, że wróciliśmy tam jeszcze raz podczas naszego zaledwie dwudniowego pobytu (popularność i jakość kuchni potwierdzają też kolejki przed restauracją). I zapowiadam, wrócę na pewno! (koniecznie na gumbo, którego nie udało mi się spróbować). Cała nasza trójka próbowała różnorodnych dań - z przekąsek wybraliśmy krążki cebulowe (kruche, chrupiące, z pysznym sosem, numer 1 Ali), dalej poszła zupa cebulowa (idealna na takie temperatury) i rosół (tu znów Ala, pozycja z menu "dzieciowego"), z "konkretów" steki (przepyszny, kruchy stek z antrykotu podany z frytkami stekowymi, sosem i pikantną sałatką coleslaw - w takiej wersji jadłam pierwszy raz i nie chcę już w innej!), policzki wołowe podane z puree truflowym i oczywiście jambalaya! (tradycyjny nowoorleański ryż z warzywami, w wybranej przez nas wersji z krewetkami i chorizo). Na samo wspomnienie wizyty tam mam ochotę na więcej! :-) (mam nadzieję, że też to czujecie :-))
Wnętrze jest spójne z koncepcją kuchni, podobnie z muzyką.
Sama restauracja dla rodziców z małymi dziećmi może być niekomfortowa (niewiele miejsca w środku, dość ciasno ustawione stoliki, duży ruch w restauracji, brak "dzieciowych" udogodnień, mała toaleta - jak przebrać/nakarmić malucha?). Dla naszego trzylatka było ok dzięki temu, że bardzo uprzejma obsługa zaproponowała w ekspresowym tempie czasoumilacze w postaci kredek, kolorowanek. To skutecznie zajęło czas oczekiwania. Niestety wszelkie wycieczki, spacery po knajpce nie są możliwe ze względu na małą przestrzeń i możliwą kolizję z personelem ;-)
Menu "dzieciowe" jest krótkie i zawiera dość tendencyjne dania (nuggetsy, kurczak z marchewką, rosół) - trzeba jednak przyznać, że rosołek w wersji dziecięcej był bardzo smaczny. Ze spokojem można również dobrać ze standardowej karty danie dla dziecka (np. rybę czy ryż z dodatkami wszelakimi).
Kilka słów jeszcze o innych atrakcjach Torunia, również w kontekście pobytu z dzieckiem. Polecamy:
1. Centrum Nowoczesności Młyn Wiedzy, http://mlynwiedzy.org.pl/ - na sześciu piętrach znajdują się wystawy popularyzujące osiągnięcia nauki, techniki, kultury, a wszystko interaktywnie, przy wsparciu animatorów, wiele wystaw dopasowanych do nawet małych dzieci (Rzeka to nasza ulubiona :-)). Miejsce w 100% realizuje postawiony sobie cel - wzbudzanie ciekawości świata oraz upowszechnianie nowoczesnych metod kształcenia. Na dwóch piętrach znajdują się również miejsca przeznaczona do odpoczynku - są tam pufy, automaty z przekąskami i napojami, toalety. Spokojnie można tam nakarmić/przewinąć dziecko, odpocząć. Z naszą trzylatką udało się nam zobaczyć wszystkie ekspozycje, zajęło nam to (przy dość szybkim tempie) ok. 3h. Hitem była: wspomniana rzeka, czyszczenie zębów ogromną szczotką, telefon tarczowy i zaglądanie do brzucha człowieka ;-)
2. Żywe Muzeum Piernika, http://muzeumpiernika.pl/ - podczas godzinnej wizyty w muzeum (które w niewielkim stopniu wpisuje się w standardowe wyobrażenia o muzeum ;-)) dowiedzieliśmy się, jak zrobić tradycyjnie pierniki, ba! sami takie zrobiliśmy i ozdobiliśmy (maluch też!), mogliśmy zobaczyć, jak to "drzewiej" bywało z piernikowym biznesem ;-), dostaliśmy swoje wypieki w prezencie, a wszystko prowadzone lekko, z humorem, w średniowiecznym klimacie :-) Polecamy! Nudzić się nie będziecie.
A na końcu polecamy jeszcze hotel Copernicus (http://www.copernicustorunhotel.com/), gdzie i dla was i dla dzieci są: bawialnia, basen, wspaniały widok na Toruń i pyszne śniadanka (choć weekendowo dość tłoczno).
Żałujemy, że nie udało się być w Planetarium (my już widzieli te parę lat temu, ale chcieli jeszcze raz :-)) i Ogrodzie Zoobotanicznym, ale to jeszcze przed nami :-) Trzeba w końcu pielęgnować tę hedonistyczną część mojego jestestwa :-) Czołem!
CO: Restauracja Luizjana
GDZIE: ul. Mostowa 10, Toruń
JAK: kuchnia kreolska
WWW: http://restauracjaluizjana.pl/
DLA DZIECKA: menu "dzieciowe", kredki, kolorowanki
wtorek, 3 stycznia 2017
Ming Wok
Ładnych kilkanaście tygodni temu odwiedziliśmy po raz pierwszy Ming Woka i..... od tego czasu niemalże nie ma weekendu bez wizyty tam ;-) Praktycznie większość potraw z menu wypróbowana, od przystawek (sajgonki mięsne, wegetariańskie, krewetki w cieście kokosowym - mniam, kalmary, pierożki) przez zupy (kokosowa, łagodna z owocami morza), pho aż po pad thai, makaron, ryż i mięsa na sposobów sto. W restauracji pojawiają się również dania spoza karty, także zawsze możemy coś nowego wypróbować.
Moje ulubione danie - kurczak z tajską bazylią - jest bardzo wyraziste, korzenne, aromatyczne. Równać się z nim może również kurczak z trawą cytrynową. O i jeszcze kalmary z warzywami w sosie kokosowym! (lekko słodkie i pikantne, chrupiące od warzyw i kalmarowej panierki, kremowe dzięki sosikowi). Wszystkie te dania podawane są z ryżem oraz surówką, same w sobie zawierają też mnóstwo warzyw, zieleninę (szczypior, koperek! - i tu zaskoczenie, kolendrę), niekiedy posypane są prażonymi orzeszkami ziemnymi lub cebulką (i tu też zaskoczenie ;-)).
Dawid lubuje się raczej w pho i choć nie ma tak głębokiego, mocnego smaku, jakiego oczekiwałoby się po tym bulionie, to jest daniem adekwatnie do ceny smacznym.
Młode nasze chętnie pałaszowało dania przeznaczone dla dzieci (smażony ryż, makaron z kurczakiem lub krewetkami), ale gdy zobaczyło nasze talerze, już nie wróciło do dzieciowej opcji ;-) Teraz równie z nami zajada się kurczakiem w wersji z tasją bazylią czy trawą cytrynową, pierożkami, lub najchętniej krewetkami w cieście kokosowym. Do tego obowiązkowy "soczuś "w wersji "jabłuszkowej".
Restauracja jest otwarta na małych gości - są przygotowane foteliki do karmienia, stoliczek z zabawkami dla dzieci (puzzle, książeczki, kredki, malowanki). Obsługa jest bardzo wyrozumiała dla dzieci i rozumie ich potrzeby (no, może potrzeby rodziców tym samym też ;-)) np. podanie soku dla dziecka w temperaturze pokojowej, ze słomką, dopytanie o sposób podania jedzenia dla dziecka (a czy z zielonym? czy czymś posypane może być? czy mięsko osobno, ryżyk osobno? ;-) tak, tak, takie cuda w Ming Wok ;-)) Gdy zabrakło kolorowanek, obsługa wydrukowała dla nas dodatkowe kartki z gotowymi wzorami, dzięki czemu otrzymaliśmy 10 minut zorganizowanego czasu w gratisie :-) I to się ceni!
Na czym polega fenomen tego miejsca dla nas? Chyba właśnie na połączeniu wszystkich istotnych dla nas rzeczy w jednym miejscu - smacznego, przystępnego w cenie jedzenia (nie rewelacyjnego, z efektem "wow", po prostu smacznego, adekwatnego do ceny, takiego jak byśmy się spodziewali idąc do tego typu restauracji), otwartości załogi na dzieci, nieskrępowanej atmosfery, przyjaznego wnętrza i menu, które nawet bez specjalności "dzieciowych" dawałoby radę w kontekście maluchów. Ta knajpka jest dobrym przykładem na to, że bez "kąsków kurczaka w panierce", "spaghetti w sosie pomidorowym" i "naleśniczków z czekoladą", czyli typowo dziecięcego zestawu w karcie, może być atrakcyjna dla malców.
Załoga restauracji na pewno nas kojarzy, bo jesteśmy praktycznie niezawodni ;-) Nie zabrakło nas nawet w przedświąteczny weekend (nie pucowaliśmy domu, wiadomo, jechaliśmy na gotowe ;-P), gdy lokal był nieco opustoszały (standardowo w weekend polecamy rezerwację stolika!). Całą ekipę Ming Woka serdecznie stąd pozdrawiamy!
PS. szkoda, żeście nie gotowali 1.01... ;-)
CO: Ming Wok
GDZIE: ul. Ratajczaka 18, Poznań
JAK: azjatycko
WWW: https://www.facebook.com/mingwokpoznan/
DLA DZIECKA: krzesełko do karmienia, stolik z kredkami, malowankami, książeczkami, puzzlami, menu "dzieciowe"
Moje ulubione danie - kurczak z tajską bazylią - jest bardzo wyraziste, korzenne, aromatyczne. Równać się z nim może również kurczak z trawą cytrynową. O i jeszcze kalmary z warzywami w sosie kokosowym! (lekko słodkie i pikantne, chrupiące od warzyw i kalmarowej panierki, kremowe dzięki sosikowi). Wszystkie te dania podawane są z ryżem oraz surówką, same w sobie zawierają też mnóstwo warzyw, zieleninę (szczypior, koperek! - i tu zaskoczenie, kolendrę), niekiedy posypane są prażonymi orzeszkami ziemnymi lub cebulką (i tu też zaskoczenie ;-)).
Dawid lubuje się raczej w pho i choć nie ma tak głębokiego, mocnego smaku, jakiego oczekiwałoby się po tym bulionie, to jest daniem adekwatnie do ceny smacznym.
Młode nasze chętnie pałaszowało dania przeznaczone dla dzieci (smażony ryż, makaron z kurczakiem lub krewetkami), ale gdy zobaczyło nasze talerze, już nie wróciło do dzieciowej opcji ;-) Teraz równie z nami zajada się kurczakiem w wersji z tasją bazylią czy trawą cytrynową, pierożkami, lub najchętniej krewetkami w cieście kokosowym. Do tego obowiązkowy "soczuś "w wersji "jabłuszkowej".
Restauracja jest otwarta na małych gości - są przygotowane foteliki do karmienia, stoliczek z zabawkami dla dzieci (puzzle, książeczki, kredki, malowanki). Obsługa jest bardzo wyrozumiała dla dzieci i rozumie ich potrzeby (no, może potrzeby rodziców tym samym też ;-)) np. podanie soku dla dziecka w temperaturze pokojowej, ze słomką, dopytanie o sposób podania jedzenia dla dziecka (a czy z zielonym? czy czymś posypane może być? czy mięsko osobno, ryżyk osobno? ;-) tak, tak, takie cuda w Ming Wok ;-)) Gdy zabrakło kolorowanek, obsługa wydrukowała dla nas dodatkowe kartki z gotowymi wzorami, dzięki czemu otrzymaliśmy 10 minut zorganizowanego czasu w gratisie :-) I to się ceni!
Na czym polega fenomen tego miejsca dla nas? Chyba właśnie na połączeniu wszystkich istotnych dla nas rzeczy w jednym miejscu - smacznego, przystępnego w cenie jedzenia (nie rewelacyjnego, z efektem "wow", po prostu smacznego, adekwatnego do ceny, takiego jak byśmy się spodziewali idąc do tego typu restauracji), otwartości załogi na dzieci, nieskrępowanej atmosfery, przyjaznego wnętrza i menu, które nawet bez specjalności "dzieciowych" dawałoby radę w kontekście maluchów. Ta knajpka jest dobrym przykładem na to, że bez "kąsków kurczaka w panierce", "spaghetti w sosie pomidorowym" i "naleśniczków z czekoladą", czyli typowo dziecięcego zestawu w karcie, może być atrakcyjna dla malców.
Załoga restauracji na pewno nas kojarzy, bo jesteśmy praktycznie niezawodni ;-) Nie zabrakło nas nawet w przedświąteczny weekend (nie pucowaliśmy domu, wiadomo, jechaliśmy na gotowe ;-P), gdy lokal był nieco opustoszały (standardowo w weekend polecamy rezerwację stolika!). Całą ekipę Ming Woka serdecznie stąd pozdrawiamy!
PS. szkoda, żeście nie gotowali 1.01... ;-)
CO: Ming Wok
GDZIE: ul. Ratajczaka 18, Poznań
JAK: azjatycko
WWW: https://www.facebook.com/mingwokpoznan/
DLA DZIECKA: krzesełko do karmienia, stolik z kredkami, malowankami, książeczkami, puzzlami, menu "dzieciowe"
Subskrybuj:
Posty (Atom)






