Kiedyś, dawno, dawno temu, za siedmioma górami i rzekami (nie, nie miesiąc temu ;-P) moje wyobrażenie o kuchni meksykańskiej budowały dwa miejsca - Czerwone sombrero i The Mexican. Na tamte czasy całkiem dobre wyobrażenie ;-) A potem czas studiów się skończył ;-P
Nastał czas kuchni azjatyckiej, włoskiej, polskiej w nowym wydaniu i każdej innej, ale nie meksykańskiej. Na sentymentalne zrywy pod tytułem "może pójdziemy do The Mexican?" (moje zrywy, oczywiście), Dawid reagował dziwnym grymasem, co najmniej, jakbym chciała mu podać na obiad naleśniki (i tu wyjaśnienie - według niego naleśniki to typowa kolacja.... tak, on jest dziwny). Rok temu z ciekawości wybraliśmy się do Mamasitas na ul. Taczaka - tamtejsza kuchnia, zupełnie różna od "themeksykańskich" i "czerwonosombrerowych" specjałów, bardzo nam posmakowała. Mieliśmy tylko problem z wybraniem potrawy dla naszej półtorarocznej wówczas córy - wszystko było dość pikantne. Samą wizytę wspominam jednak bardzo sympatycznie - jedzenie było świeże, smaczne, fajnie podane. Knajpka dostosowana dla dzieci - udogodnień mnóstwo, zaczynając od krzesełek do karmienia, idąc przez kącik zabaw dla dzieci, skończywszy na dużej toalecie, gdzie można dokonać czynności wiadomych (dla mniej domyślnych - przebrać dziecko, zmienić pieluchę ;-)). Pamiętając tę wizytę skusiliśmy się ostatnio na wypad do Gringo Baru i nie żałuję ani jednej minuty tam spędzonej - było pysznie, klimatycznie, "tak inaczej" (ulubione stwierdzenie naszych mam, gdy próbują czegoś, co my gotowaliśmy, coś pomiędzy "smaczne" a "tego nie da się jeść", w kontekście Gringo Baru zastosowane w samych superlatywach :-))
I tu zaczynam swoje peany na temat tego miejsca.
RAZ - zalety dzieciowe. Są kolorowanki i kredki, jest nieskrępowana atmosfera, która powoduje, że z dzieciem będziecie się czuć po prostu swobodnie. Jest, o ile mnie pamięć nie myli, toaleta wyposażona w chusteczki nawilżane! :-) Są sztućce jednorazowe, drewniane, dla dziecka idealne. Potrawy podane są w pudełkach - możecie zapomnieć o pilnowaniu, by nic nie stało się talerzom w stylu Ludwika XV. Poza tym, jeśli dziecko czegoś nie da rady zjeść, zawsze takie pudełko możecie po prostu zapakować i zabrać ze sobą do domu. A co, nic się nie zmarnuje a i kolacja będzie ;-) Wszystkie potrawy są przygotowywane w wersji łagodnej, można je dowolnie modyfikować, uwzględniając gusta młodzieży np. zielonego nie jem, kukurydzy nie lubię itp. A! I jeszcze jedno słowo o kredkach i kolorowankach - te ostatnie nawiązują motywami do wizerunku i charakteru knajpki (wybierzcie się, sprawdźcie!), kredki są natemperowane (hihi, tu już zahaczam o naprawdę istotne dla knajpki szczegóły ;-P) i "podane" w plastikowym kubeczku - chwała za to, żadnego szkła pilnować nie trza. Jedyny minus z małym dzieciem - brak przestrzeni na przebranie towarzystwa, toaleta ku celom tym raczej się nie nadaje z racji metrażu. Ze względu na niewielkie rozmiary knajpki raczej też małe dziecko trudno nakarmić piersią w dyskretny sposób. Jedziemy dalej.
DWA - darmowa woda :-) Mała rzecz, a cieszy. Jeszcze rzadko spotykana w polskich knajpkach, a szkoda.
TRZY - atmosfera miejsca - luźna, swobodna, barowa, dosłownie kilka stolików. Są i wysokie krzesła, są i niskie ławeczki, każdy tam znajdzie przestrzeń dla siebie.
CZTERY - całkowity freestyle w doborze potraw. Działa to tak - wybierasz "dodatek skrobiowy" (enchilada, nachos, tortilla, burrito, tacos, quesadilla), wybierasz "środek" (szarpana wieprzowina, chilli con carne, kurczak, więcej nie pamiętam, wybaczcie), do tego sosy i różne różniste składniki, włączając pikantne dodatki, świeże zioła, kolendra obowiązkowo. Każdą potrawę można zamówić w różnych wersjach ostrości. Samodzielne również można "dosmaczyć". Alicja decyduje, że chce koniecznie "kłesadiję" i dostaje ją z kurczakiem, serem (zawsze 100% cheddar), papryką. Dawid próbuje tacosy, Ja również quesadilla z szarpaną wieprzowiną. Wszystko jest bardzo autentyczne, świeże. Uwielbiam w tych daniach to, że mają świeże zioła (kolendra, mniam mniam), fajne sosy, idealny dla mnie poziom ostrości. Alicja kocha posypkę z granata.
Jedzenie jest tak dobre, a knajpka tak się nam podoba, że wracamy tam po 2 tygodniach. Próbujemy jeszcze kremu z kukurydzy (pycha! z mlekiem kokosowym, na łagodny sposób, bo dzieć miał jeść, ale nie zechciał), nachosów i enchiladę. Podobnie udane spotkanie z tex-mex kuchnią, więc wróżę nam kolejną wizytę :-)
PIĘĆ - pomocna, uśmiechnięta, wyluzowana obsługa, to się liczy :-)
SZEŚĆ - dania dostaliśmy w ekspresowym tempie, wszyscy w tym samym czasie, czytaj nikt nikomu nic nie wyżerał ;-)
SIEDEM - mają na wynos i na dowóz! :-)
Krewetek nie było, ale Alicji się podobało :-) Nam, jak wyżej - bomba znaczy się :-)
Polecam! Kasia ;-))))
CO: GringoBar
GDZIE: ul. Piekary 25, Poznań
JAK: kuchnia tex-mex z polskim przytupem ;-)
WWW: http://gringobar.pl
DLA DZIECKA: o ile mnie oczy i pamięć nie mylą - nawilżane chusteczki w WC ;-), możliwość dostosowania potrawy do gustów i możliwości dziecia, darmowa woda dla wszystkich :-), niezagrażające bezpieczeństwu sztućce
TU TROJE POJE :-)
O smakowaniu z dzieckiem.
czwartek, 9 marca 2017
środa, 1 marca 2017
Shrimp House Poznań
Temat KREWETKI.
Krewetki, jak wszyscy doskonale wiedzą, stanowią główny składnik dziecięcej diety ;-) Hm... raczej nie ;-) Raz silny alergen, więc nie jest polecany dla najmłodszych maluchów, dopiero odkrywających inne aniżeli mleko smaki. Dwa same dzieci niezbyt przepadają za tymi "robalami". Dlatego ilekroć pojawiamy się w restauracji, a Ala swoim cienkim głosikiem zwraca się do obsługi "poplose klewetki"(cóż za maniery ;-P), tylekroć reakcją jest wymowne spojrzenie w naszą stronę, które interpretuję jako zapytanie "serio, serio???". Otóż tak, SERIO ;-)
Scenariusz jest taki - sobota rano, młode z energią godną Ani Lewandowskiej, my trochę bardziej w stronę Grzegorza Poniedzielskiego, ale staramy się ogarniać, wszak już 7 rano. Standardowe pytanie - "Gdzie dziś jemy? Na co masz ochotę?" I tu mamy odpowiedź gwarantowaną: krewetki! Dalsza część jest różna - mogą być z "makalonem", "lyzykiem" (czytaj "ryżykiem") lub "sosikiem". "Tylko bez zielonego" (pietruszka jest ble, szczypiorek ble, kolendra obrzydliwa). Zatem kombinujemy - raz idziemy na jakiegoś Włocha (ostatnio rzadko, ponieważ staramy się unikać pszenicy, zatem ani pizza ani standardowe makarony nie wchodzą w grę), raz jakąś azjatycką szamkę. A całkiem niedawno znaleźliśmy kombinację idealną, bo i po azjatycku i po włosku się najemy, a wszystko z krewetką w roli głównej.
Drepczemy do Shrimp House zatem :-) Sam lokal jest urządzony w barowym stylu - na niewielkiej powierzchni sporo stolików, obowiązuje samoobsługa. Wystrój i atmosfera jest dość naturalna, swobodna. Nie ma strachu, że coś zniszczymy, poplamimy (a jak poplamimy to i tak łatwo będzie ogarnąć), jak dziecko zniszczy też nie będzie kłopotu ;-P Jedyny minus przy dzieciach już chodzących, że nie mają za bardzo gdzie podreptać, więc to będzie raczej wizyta na zasadzie wszedł-wyszedł ;-) (znaczy się wszedł-zjadł-wyszedł). Menu jest krótkie, bo obejmuje ok. 10 dań, ale są na tyle różnorodne, że na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Ja zdecydowałam się na krewetki w tempurze - były bomba, podobnie jak podawany do nich sos z mango. Niestety dziecko wyjadło mi dwie krewetki, bo nie mogło doczekać się na swoje danie, kolejne dwie zjadł mi Dawid, także tenteges...Nie pojadłam.
Dawid zamówił krewetkowe pho, do którego dodał sobie ekstra dwie krewetki (to jest bardzo dobre rozwiązanie! za dopłatą do każdego dania można dodać dowolną liczbę krewetek :-)) Jego pho "wjechało" jako pierwsze, zatem teoretycznie głód powinien być zaspokojony. Tymczasem wyżerał nam z talerzy i więcej go ze sobą nie bierzemy (żart ;-P) Ja nie jestem znawcą pho, Dawid ocenił je jako poprawne, jednak mało aromatyczne i przyprawione. Plus za kolendrę i naprawdę dobrej jakości składniki.
Alicja zdecydowała się na "makalon" w sosie pomidorowym, oczywiście z krewetkami, oczywiście bez zielonego (wyrozumiałą obsługa zrozumiała i zrealizowała naszą prośbę, dziękujemy w imieniu córki :-)) Makaron został pochłonięty w całości, wnioskuję zatem, że smakowało :-)
W Shrimp House podoba mi się to, że dzięki zróżnicowanemu menu, każde z nas mogło odnaleźć danie, na które akurat tego dnia miało ochotę. Podobało mi się wykonanie dań - smak, sposób podania, jakość składników, same krewetki były przepyszne.
Minusem dla mnie było to, że każde z nas otrzymało danie w innym czasie. O ile kiedyś nie stanowiło to dla mnie problemu, tak teraz, gdy idziemy do restauracji z głodnym dzieckiem, a jako pierwszy danie otrzymuje tato, to jest to proszenie się o problemy ;-) Raz z facetem (też jest głodny, chce jeść SWOJE jedzenie, Dawid "doesn't share food", jak to było u klasyka ;-P, zazwyczaj zamawia potrawy w ostrzejszej wersji, którymi nie może się z dzieckiem podzielić), drugi raz z dzieckiem (jest głodne, lubi się dzielić, pod warunkiem, że to ktoś daje jej swoje jedzenie ;-), a w tym konkretnym przypadku widzi krewetki i ma ślinotok ;-P). Poza tym zwyczajnie dużo wygodniej się smakuje z dzieckiem w restauracji, gdy każdy zajęty jest swoim talerzem ;-)
Mimo tej niedogodności na pewno Shrimp House jeszcze odwiedzimy!
CO: Shrimp House Poznań
GDZIE: Aleje Marcinkowskiego 16, Poznań
JAK: krewetki na różne sposoby
WWW: http://shrimp-house.pl
DLA DZIECKA: krzesełko do karmienia
Krewetki, jak wszyscy doskonale wiedzą, stanowią główny składnik dziecięcej diety ;-) Hm... raczej nie ;-) Raz silny alergen, więc nie jest polecany dla najmłodszych maluchów, dopiero odkrywających inne aniżeli mleko smaki. Dwa same dzieci niezbyt przepadają za tymi "robalami". Dlatego ilekroć pojawiamy się w restauracji, a Ala swoim cienkim głosikiem zwraca się do obsługi "poplose klewetki"(cóż za maniery ;-P), tylekroć reakcją jest wymowne spojrzenie w naszą stronę, które interpretuję jako zapytanie "serio, serio???". Otóż tak, SERIO ;-)
Scenariusz jest taki - sobota rano, młode z energią godną Ani Lewandowskiej, my trochę bardziej w stronę Grzegorza Poniedzielskiego, ale staramy się ogarniać, wszak już 7 rano. Standardowe pytanie - "Gdzie dziś jemy? Na co masz ochotę?" I tu mamy odpowiedź gwarantowaną: krewetki! Dalsza część jest różna - mogą być z "makalonem", "lyzykiem" (czytaj "ryżykiem") lub "sosikiem". "Tylko bez zielonego" (pietruszka jest ble, szczypiorek ble, kolendra obrzydliwa). Zatem kombinujemy - raz idziemy na jakiegoś Włocha (ostatnio rzadko, ponieważ staramy się unikać pszenicy, zatem ani pizza ani standardowe makarony nie wchodzą w grę), raz jakąś azjatycką szamkę. A całkiem niedawno znaleźliśmy kombinację idealną, bo i po azjatycku i po włosku się najemy, a wszystko z krewetką w roli głównej.
Drepczemy do Shrimp House zatem :-) Sam lokal jest urządzony w barowym stylu - na niewielkiej powierzchni sporo stolików, obowiązuje samoobsługa. Wystrój i atmosfera jest dość naturalna, swobodna. Nie ma strachu, że coś zniszczymy, poplamimy (a jak poplamimy to i tak łatwo będzie ogarnąć), jak dziecko zniszczy też nie będzie kłopotu ;-P Jedyny minus przy dzieciach już chodzących, że nie mają za bardzo gdzie podreptać, więc to będzie raczej wizyta na zasadzie wszedł-wyszedł ;-) (znaczy się wszedł-zjadł-wyszedł). Menu jest krótkie, bo obejmuje ok. 10 dań, ale są na tyle różnorodne, że na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Ja zdecydowałam się na krewetki w tempurze - były bomba, podobnie jak podawany do nich sos z mango. Niestety dziecko wyjadło mi dwie krewetki, bo nie mogło doczekać się na swoje danie, kolejne dwie zjadł mi Dawid, także tenteges...Nie pojadłam.
Dawid zamówił krewetkowe pho, do którego dodał sobie ekstra dwie krewetki (to jest bardzo dobre rozwiązanie! za dopłatą do każdego dania można dodać dowolną liczbę krewetek :-)) Jego pho "wjechało" jako pierwsze, zatem teoretycznie głód powinien być zaspokojony. Tymczasem wyżerał nam z talerzy i więcej go ze sobą nie bierzemy (żart ;-P) Ja nie jestem znawcą pho, Dawid ocenił je jako poprawne, jednak mało aromatyczne i przyprawione. Plus za kolendrę i naprawdę dobrej jakości składniki.
Alicja zdecydowała się na "makalon" w sosie pomidorowym, oczywiście z krewetkami, oczywiście bez zielonego (wyrozumiałą obsługa zrozumiała i zrealizowała naszą prośbę, dziękujemy w imieniu córki :-)) Makaron został pochłonięty w całości, wnioskuję zatem, że smakowało :-)
W Shrimp House podoba mi się to, że dzięki zróżnicowanemu menu, każde z nas mogło odnaleźć danie, na które akurat tego dnia miało ochotę. Podobało mi się wykonanie dań - smak, sposób podania, jakość składników, same krewetki były przepyszne.
Minusem dla mnie było to, że każde z nas otrzymało danie w innym czasie. O ile kiedyś nie stanowiło to dla mnie problemu, tak teraz, gdy idziemy do restauracji z głodnym dzieckiem, a jako pierwszy danie otrzymuje tato, to jest to proszenie się o problemy ;-) Raz z facetem (też jest głodny, chce jeść SWOJE jedzenie, Dawid "doesn't share food", jak to było u klasyka ;-P, zazwyczaj zamawia potrawy w ostrzejszej wersji, którymi nie może się z dzieckiem podzielić), drugi raz z dzieckiem (jest głodne, lubi się dzielić, pod warunkiem, że to ktoś daje jej swoje jedzenie ;-), a w tym konkretnym przypadku widzi krewetki i ma ślinotok ;-P). Poza tym zwyczajnie dużo wygodniej się smakuje z dzieckiem w restauracji, gdy każdy zajęty jest swoim talerzem ;-)
Mimo tej niedogodności na pewno Shrimp House jeszcze odwiedzimy!
CO: Shrimp House Poznań
GDZIE: Aleje Marcinkowskiego 16, Poznań
JAK: krewetki na różne sposoby
WWW: http://shrimp-house.pl
DLA DZIECKA: krzesełko do karmienia
niedziela, 5 lutego 2017
Luizjana/TORUŃ
W związku z moim nowym, hedonistycznym podejściem do życia ;-P w tym roku zaszalałam z organizowaniem urodzin dla męża mego. Były prezenty, były odwiedziny w poznańskich restauracjach (przepyszne śniadanie w Lavendzie na ul. Wodnej, obiad w Why Thai na ul. Kramarskiej), było kino (a jakże, "Gwiezdne wojny" brand new wjechały :-)) i był wyjazd -niespodzianka do Torunia.
Temperatura -14 za oknem oczywiście sprzyjała spacerowaniu po jakże uroczym mieście ;-P, zatem jak można się domyślić swój czas poświęciliśmy głównie na poznanie gastronomicznej oferty miasta. Moja poprzednia wizyta w Toruniu i wspomnienia kulinarne niestety nie napawały mnie optymizmem (może chodzi też o to, że wówczas była to moja pierwsza "daleka" podróż motocyklem, która zakończyła się wylaniem morza łez gdzieś w okolicach Gniezna i zapewnieniem "nigdzie dalej nie jadę", co brzmi śmiesznie w kontekście tego, że już kilka miesięcy później dojechaliśmy na motocyklu m.in. do Chorwacji ;-)) Tym razem jednak było bardzo, bardzo dobrze. Może dlatego, że przyłożyliśmy się do wyboru miejsca? Trafiło na Restaurację Luizjana, specjalizującą się w kuchni kreolskiej (w Poznaniu nie mamy szansy spróbować takich dań, stąd nasza decyzja). Na restauracyjnym www przeczytaliśmy, że właściciele spędzili siedem lat na południu Stanów Zjednoczonych i zapragnęli przenieść smaki Nowego Orleanu właśnie w toruńskie strony. Kuchnia kreolska, jak czytamy, łączy w sobie najlepsze aspekty kuchni francuskiej, włoskiej, karaibskiej, afrykańskiej oraz kuchni południa Stanów Zjednoczonych. Brzmi dobrze? Nas zachęciło :-)
To, co "sprzedało się" przez słowo pisane, potwierdzone zostało na talerzu :-) Wszystkie dania, które próbowaliśmy były rewelacyjnie smaczne, bogate w aromaty, przyprawy, zioła. Smakowały nam tak bardzo, że wróciliśmy tam jeszcze raz podczas naszego zaledwie dwudniowego pobytu (popularność i jakość kuchni potwierdzają też kolejki przed restauracją). I zapowiadam, wrócę na pewno! (koniecznie na gumbo, którego nie udało mi się spróbować). Cała nasza trójka próbowała różnorodnych dań - z przekąsek wybraliśmy krążki cebulowe (kruche, chrupiące, z pysznym sosem, numer 1 Ali), dalej poszła zupa cebulowa (idealna na takie temperatury) i rosół (tu znów Ala, pozycja z menu "dzieciowego"), z "konkretów" steki (przepyszny, kruchy stek z antrykotu podany z frytkami stekowymi, sosem i pikantną sałatką coleslaw - w takiej wersji jadłam pierwszy raz i nie chcę już w innej!), policzki wołowe podane z puree truflowym i oczywiście jambalaya! (tradycyjny nowoorleański ryż z warzywami, w wybranej przez nas wersji z krewetkami i chorizo). Na samo wspomnienie wizyty tam mam ochotę na więcej! :-) (mam nadzieję, że też to czujecie :-))
Wnętrze jest spójne z koncepcją kuchni, podobnie z muzyką.
Sama restauracja dla rodziców z małymi dziećmi może być niekomfortowa (niewiele miejsca w środku, dość ciasno ustawione stoliki, duży ruch w restauracji, brak "dzieciowych" udogodnień, mała toaleta - jak przebrać/nakarmić malucha?). Dla naszego trzylatka było ok dzięki temu, że bardzo uprzejma obsługa zaproponowała w ekspresowym tempie czasoumilacze w postaci kredek, kolorowanek. To skutecznie zajęło czas oczekiwania. Niestety wszelkie wycieczki, spacery po knajpce nie są możliwe ze względu na małą przestrzeń i możliwą kolizję z personelem ;-)
Menu "dzieciowe" jest krótkie i zawiera dość tendencyjne dania (nuggetsy, kurczak z marchewką, rosół) - trzeba jednak przyznać, że rosołek w wersji dziecięcej był bardzo smaczny. Ze spokojem można również dobrać ze standardowej karty danie dla dziecka (np. rybę czy ryż z dodatkami wszelakimi).
Kilka słów jeszcze o innych atrakcjach Torunia, również w kontekście pobytu z dzieckiem. Polecamy:
1. Centrum Nowoczesności Młyn Wiedzy, http://mlynwiedzy.org.pl/ - na sześciu piętrach znajdują się wystawy popularyzujące osiągnięcia nauki, techniki, kultury, a wszystko interaktywnie, przy wsparciu animatorów, wiele wystaw dopasowanych do nawet małych dzieci (Rzeka to nasza ulubiona :-)). Miejsce w 100% realizuje postawiony sobie cel - wzbudzanie ciekawości świata oraz upowszechnianie nowoczesnych metod kształcenia. Na dwóch piętrach znajdują się również miejsca przeznaczona do odpoczynku - są tam pufy, automaty z przekąskami i napojami, toalety. Spokojnie można tam nakarmić/przewinąć dziecko, odpocząć. Z naszą trzylatką udało się nam zobaczyć wszystkie ekspozycje, zajęło nam to (przy dość szybkim tempie) ok. 3h. Hitem była: wspomniana rzeka, czyszczenie zębów ogromną szczotką, telefon tarczowy i zaglądanie do brzucha człowieka ;-)
2. Żywe Muzeum Piernika, http://muzeumpiernika.pl/ - podczas godzinnej wizyty w muzeum (które w niewielkim stopniu wpisuje się w standardowe wyobrażenia o muzeum ;-)) dowiedzieliśmy się, jak zrobić tradycyjnie pierniki, ba! sami takie zrobiliśmy i ozdobiliśmy (maluch też!), mogliśmy zobaczyć, jak to "drzewiej" bywało z piernikowym biznesem ;-), dostaliśmy swoje wypieki w prezencie, a wszystko prowadzone lekko, z humorem, w średniowiecznym klimacie :-) Polecamy! Nudzić się nie będziecie.
A na końcu polecamy jeszcze hotel Copernicus (http://www.copernicustorunhotel.com/), gdzie i dla was i dla dzieci są: bawialnia, basen, wspaniały widok na Toruń i pyszne śniadanka (choć weekendowo dość tłoczno).
Żałujemy, że nie udało się być w Planetarium (my już widzieli te parę lat temu, ale chcieli jeszcze raz :-)) i Ogrodzie Zoobotanicznym, ale to jeszcze przed nami :-) Trzeba w końcu pielęgnować tę hedonistyczną część mojego jestestwa :-) Czołem!
CO: Restauracja Luizjana
GDZIE: ul. Mostowa 10, Toruń
JAK: kuchnia kreolska
WWW: http://restauracjaluizjana.pl/
DLA DZIECKA: menu "dzieciowe", kredki, kolorowanki
Temperatura -14 za oknem oczywiście sprzyjała spacerowaniu po jakże uroczym mieście ;-P, zatem jak można się domyślić swój czas poświęciliśmy głównie na poznanie gastronomicznej oferty miasta. Moja poprzednia wizyta w Toruniu i wspomnienia kulinarne niestety nie napawały mnie optymizmem (może chodzi też o to, że wówczas była to moja pierwsza "daleka" podróż motocyklem, która zakończyła się wylaniem morza łez gdzieś w okolicach Gniezna i zapewnieniem "nigdzie dalej nie jadę", co brzmi śmiesznie w kontekście tego, że już kilka miesięcy później dojechaliśmy na motocyklu m.in. do Chorwacji ;-)) Tym razem jednak było bardzo, bardzo dobrze. Może dlatego, że przyłożyliśmy się do wyboru miejsca? Trafiło na Restaurację Luizjana, specjalizującą się w kuchni kreolskiej (w Poznaniu nie mamy szansy spróbować takich dań, stąd nasza decyzja). Na restauracyjnym www przeczytaliśmy, że właściciele spędzili siedem lat na południu Stanów Zjednoczonych i zapragnęli przenieść smaki Nowego Orleanu właśnie w toruńskie strony. Kuchnia kreolska, jak czytamy, łączy w sobie najlepsze aspekty kuchni francuskiej, włoskiej, karaibskiej, afrykańskiej oraz kuchni południa Stanów Zjednoczonych. Brzmi dobrze? Nas zachęciło :-)
To, co "sprzedało się" przez słowo pisane, potwierdzone zostało na talerzu :-) Wszystkie dania, które próbowaliśmy były rewelacyjnie smaczne, bogate w aromaty, przyprawy, zioła. Smakowały nam tak bardzo, że wróciliśmy tam jeszcze raz podczas naszego zaledwie dwudniowego pobytu (popularność i jakość kuchni potwierdzają też kolejki przed restauracją). I zapowiadam, wrócę na pewno! (koniecznie na gumbo, którego nie udało mi się spróbować). Cała nasza trójka próbowała różnorodnych dań - z przekąsek wybraliśmy krążki cebulowe (kruche, chrupiące, z pysznym sosem, numer 1 Ali), dalej poszła zupa cebulowa (idealna na takie temperatury) i rosół (tu znów Ala, pozycja z menu "dzieciowego"), z "konkretów" steki (przepyszny, kruchy stek z antrykotu podany z frytkami stekowymi, sosem i pikantną sałatką coleslaw - w takiej wersji jadłam pierwszy raz i nie chcę już w innej!), policzki wołowe podane z puree truflowym i oczywiście jambalaya! (tradycyjny nowoorleański ryż z warzywami, w wybranej przez nas wersji z krewetkami i chorizo). Na samo wspomnienie wizyty tam mam ochotę na więcej! :-) (mam nadzieję, że też to czujecie :-))
Wnętrze jest spójne z koncepcją kuchni, podobnie z muzyką.
Sama restauracja dla rodziców z małymi dziećmi może być niekomfortowa (niewiele miejsca w środku, dość ciasno ustawione stoliki, duży ruch w restauracji, brak "dzieciowych" udogodnień, mała toaleta - jak przebrać/nakarmić malucha?). Dla naszego trzylatka było ok dzięki temu, że bardzo uprzejma obsługa zaproponowała w ekspresowym tempie czasoumilacze w postaci kredek, kolorowanek. To skutecznie zajęło czas oczekiwania. Niestety wszelkie wycieczki, spacery po knajpce nie są możliwe ze względu na małą przestrzeń i możliwą kolizję z personelem ;-)
Menu "dzieciowe" jest krótkie i zawiera dość tendencyjne dania (nuggetsy, kurczak z marchewką, rosół) - trzeba jednak przyznać, że rosołek w wersji dziecięcej był bardzo smaczny. Ze spokojem można również dobrać ze standardowej karty danie dla dziecka (np. rybę czy ryż z dodatkami wszelakimi).
Kilka słów jeszcze o innych atrakcjach Torunia, również w kontekście pobytu z dzieckiem. Polecamy:
1. Centrum Nowoczesności Młyn Wiedzy, http://mlynwiedzy.org.pl/ - na sześciu piętrach znajdują się wystawy popularyzujące osiągnięcia nauki, techniki, kultury, a wszystko interaktywnie, przy wsparciu animatorów, wiele wystaw dopasowanych do nawet małych dzieci (Rzeka to nasza ulubiona :-)). Miejsce w 100% realizuje postawiony sobie cel - wzbudzanie ciekawości świata oraz upowszechnianie nowoczesnych metod kształcenia. Na dwóch piętrach znajdują się również miejsca przeznaczona do odpoczynku - są tam pufy, automaty z przekąskami i napojami, toalety. Spokojnie można tam nakarmić/przewinąć dziecko, odpocząć. Z naszą trzylatką udało się nam zobaczyć wszystkie ekspozycje, zajęło nam to (przy dość szybkim tempie) ok. 3h. Hitem była: wspomniana rzeka, czyszczenie zębów ogromną szczotką, telefon tarczowy i zaglądanie do brzucha człowieka ;-)
2. Żywe Muzeum Piernika, http://muzeumpiernika.pl/ - podczas godzinnej wizyty w muzeum (które w niewielkim stopniu wpisuje się w standardowe wyobrażenia o muzeum ;-)) dowiedzieliśmy się, jak zrobić tradycyjnie pierniki, ba! sami takie zrobiliśmy i ozdobiliśmy (maluch też!), mogliśmy zobaczyć, jak to "drzewiej" bywało z piernikowym biznesem ;-), dostaliśmy swoje wypieki w prezencie, a wszystko prowadzone lekko, z humorem, w średniowiecznym klimacie :-) Polecamy! Nudzić się nie będziecie.
A na końcu polecamy jeszcze hotel Copernicus (http://www.copernicustorunhotel.com/), gdzie i dla was i dla dzieci są: bawialnia, basen, wspaniały widok na Toruń i pyszne śniadanka (choć weekendowo dość tłoczno).
Żałujemy, że nie udało się być w Planetarium (my już widzieli te parę lat temu, ale chcieli jeszcze raz :-)) i Ogrodzie Zoobotanicznym, ale to jeszcze przed nami :-) Trzeba w końcu pielęgnować tę hedonistyczną część mojego jestestwa :-) Czołem!
CO: Restauracja Luizjana
GDZIE: ul. Mostowa 10, Toruń
JAK: kuchnia kreolska
WWW: http://restauracjaluizjana.pl/
DLA DZIECKA: menu "dzieciowe", kredki, kolorowanki
wtorek, 3 stycznia 2017
Ming Wok
Ładnych kilkanaście tygodni temu odwiedziliśmy po raz pierwszy Ming Woka i..... od tego czasu niemalże nie ma weekendu bez wizyty tam ;-) Praktycznie większość potraw z menu wypróbowana, od przystawek (sajgonki mięsne, wegetariańskie, krewetki w cieście kokosowym - mniam, kalmary, pierożki) przez zupy (kokosowa, łagodna z owocami morza), pho aż po pad thai, makaron, ryż i mięsa na sposobów sto. W restauracji pojawiają się również dania spoza karty, także zawsze możemy coś nowego wypróbować.
Moje ulubione danie - kurczak z tajską bazylią - jest bardzo wyraziste, korzenne, aromatyczne. Równać się z nim może również kurczak z trawą cytrynową. O i jeszcze kalmary z warzywami w sosie kokosowym! (lekko słodkie i pikantne, chrupiące od warzyw i kalmarowej panierki, kremowe dzięki sosikowi). Wszystkie te dania podawane są z ryżem oraz surówką, same w sobie zawierają też mnóstwo warzyw, zieleninę (szczypior, koperek! - i tu zaskoczenie, kolendrę), niekiedy posypane są prażonymi orzeszkami ziemnymi lub cebulką (i tu też zaskoczenie ;-)).
Dawid lubuje się raczej w pho i choć nie ma tak głębokiego, mocnego smaku, jakiego oczekiwałoby się po tym bulionie, to jest daniem adekwatnie do ceny smacznym.
Młode nasze chętnie pałaszowało dania przeznaczone dla dzieci (smażony ryż, makaron z kurczakiem lub krewetkami), ale gdy zobaczyło nasze talerze, już nie wróciło do dzieciowej opcji ;-) Teraz równie z nami zajada się kurczakiem w wersji z tasją bazylią czy trawą cytrynową, pierożkami, lub najchętniej krewetkami w cieście kokosowym. Do tego obowiązkowy "soczuś "w wersji "jabłuszkowej".
Restauracja jest otwarta na małych gości - są przygotowane foteliki do karmienia, stoliczek z zabawkami dla dzieci (puzzle, książeczki, kredki, malowanki). Obsługa jest bardzo wyrozumiała dla dzieci i rozumie ich potrzeby (no, może potrzeby rodziców tym samym też ;-)) np. podanie soku dla dziecka w temperaturze pokojowej, ze słomką, dopytanie o sposób podania jedzenia dla dziecka (a czy z zielonym? czy czymś posypane może być? czy mięsko osobno, ryżyk osobno? ;-) tak, tak, takie cuda w Ming Wok ;-)) Gdy zabrakło kolorowanek, obsługa wydrukowała dla nas dodatkowe kartki z gotowymi wzorami, dzięki czemu otrzymaliśmy 10 minut zorganizowanego czasu w gratisie :-) I to się ceni!
Na czym polega fenomen tego miejsca dla nas? Chyba właśnie na połączeniu wszystkich istotnych dla nas rzeczy w jednym miejscu - smacznego, przystępnego w cenie jedzenia (nie rewelacyjnego, z efektem "wow", po prostu smacznego, adekwatnego do ceny, takiego jak byśmy się spodziewali idąc do tego typu restauracji), otwartości załogi na dzieci, nieskrępowanej atmosfery, przyjaznego wnętrza i menu, które nawet bez specjalności "dzieciowych" dawałoby radę w kontekście maluchów. Ta knajpka jest dobrym przykładem na to, że bez "kąsków kurczaka w panierce", "spaghetti w sosie pomidorowym" i "naleśniczków z czekoladą", czyli typowo dziecięcego zestawu w karcie, może być atrakcyjna dla malców.
Załoga restauracji na pewno nas kojarzy, bo jesteśmy praktycznie niezawodni ;-) Nie zabrakło nas nawet w przedświąteczny weekend (nie pucowaliśmy domu, wiadomo, jechaliśmy na gotowe ;-P), gdy lokal był nieco opustoszały (standardowo w weekend polecamy rezerwację stolika!). Całą ekipę Ming Woka serdecznie stąd pozdrawiamy!
PS. szkoda, żeście nie gotowali 1.01... ;-)
CO: Ming Wok
GDZIE: ul. Ratajczaka 18, Poznań
JAK: azjatycko
WWW: https://www.facebook.com/mingwokpoznan/
DLA DZIECKA: krzesełko do karmienia, stolik z kredkami, malowankami, książeczkami, puzzlami, menu "dzieciowe"
Moje ulubione danie - kurczak z tajską bazylią - jest bardzo wyraziste, korzenne, aromatyczne. Równać się z nim może również kurczak z trawą cytrynową. O i jeszcze kalmary z warzywami w sosie kokosowym! (lekko słodkie i pikantne, chrupiące od warzyw i kalmarowej panierki, kremowe dzięki sosikowi). Wszystkie te dania podawane są z ryżem oraz surówką, same w sobie zawierają też mnóstwo warzyw, zieleninę (szczypior, koperek! - i tu zaskoczenie, kolendrę), niekiedy posypane są prażonymi orzeszkami ziemnymi lub cebulką (i tu też zaskoczenie ;-)).
Dawid lubuje się raczej w pho i choć nie ma tak głębokiego, mocnego smaku, jakiego oczekiwałoby się po tym bulionie, to jest daniem adekwatnie do ceny smacznym.
Młode nasze chętnie pałaszowało dania przeznaczone dla dzieci (smażony ryż, makaron z kurczakiem lub krewetkami), ale gdy zobaczyło nasze talerze, już nie wróciło do dzieciowej opcji ;-) Teraz równie z nami zajada się kurczakiem w wersji z tasją bazylią czy trawą cytrynową, pierożkami, lub najchętniej krewetkami w cieście kokosowym. Do tego obowiązkowy "soczuś "w wersji "jabłuszkowej".
Restauracja jest otwarta na małych gości - są przygotowane foteliki do karmienia, stoliczek z zabawkami dla dzieci (puzzle, książeczki, kredki, malowanki). Obsługa jest bardzo wyrozumiała dla dzieci i rozumie ich potrzeby (no, może potrzeby rodziców tym samym też ;-)) np. podanie soku dla dziecka w temperaturze pokojowej, ze słomką, dopytanie o sposób podania jedzenia dla dziecka (a czy z zielonym? czy czymś posypane może być? czy mięsko osobno, ryżyk osobno? ;-) tak, tak, takie cuda w Ming Wok ;-)) Gdy zabrakło kolorowanek, obsługa wydrukowała dla nas dodatkowe kartki z gotowymi wzorami, dzięki czemu otrzymaliśmy 10 minut zorganizowanego czasu w gratisie :-) I to się ceni!
Na czym polega fenomen tego miejsca dla nas? Chyba właśnie na połączeniu wszystkich istotnych dla nas rzeczy w jednym miejscu - smacznego, przystępnego w cenie jedzenia (nie rewelacyjnego, z efektem "wow", po prostu smacznego, adekwatnego do ceny, takiego jak byśmy się spodziewali idąc do tego typu restauracji), otwartości załogi na dzieci, nieskrępowanej atmosfery, przyjaznego wnętrza i menu, które nawet bez specjalności "dzieciowych" dawałoby radę w kontekście maluchów. Ta knajpka jest dobrym przykładem na to, że bez "kąsków kurczaka w panierce", "spaghetti w sosie pomidorowym" i "naleśniczków z czekoladą", czyli typowo dziecięcego zestawu w karcie, może być atrakcyjna dla malców.
Załoga restauracji na pewno nas kojarzy, bo jesteśmy praktycznie niezawodni ;-) Nie zabrakło nas nawet w przedświąteczny weekend (nie pucowaliśmy domu, wiadomo, jechaliśmy na gotowe ;-P), gdy lokal był nieco opustoszały (standardowo w weekend polecamy rezerwację stolika!). Całą ekipę Ming Woka serdecznie stąd pozdrawiamy!
PS. szkoda, żeście nie gotowali 1.01... ;-)
CO: Ming Wok
GDZIE: ul. Ratajczaka 18, Poznań
JAK: azjatycko
WWW: https://www.facebook.com/mingwokpoznan/
DLA DZIECKA: krzesełko do karmienia, stolik z kredkami, malowankami, książeczkami, puzzlami, menu "dzieciowe"
poniedziałek, 28 marca 2016
Corcovado Delight/ restauracja nieczynna
Mieliście kiedyś tak? - Chcecie wyjść gdzieś zjeść, ale nie możecie zdecydować się na miejsce - ty chcesz na dobrą pastę, on/ona woli azjatyckie smaki, ktoś inny po prostu ma ochotę na coś słodkiego. Jak to pogodzić? I tu pojawia się Corcovado Delight - kolejny ciekawy kulinarny punkt na poznańskiej Śródce.
W restauracyjnym menu znajdziecie potrawy typowe dla kuchni włoskiej (jak pasty wszelakie m.in. uwielbiane przez Dawida spaghetti aglio olio, gnocchi) jak i dla kuchni azjatyckiej (m.in. udon z dodatkami różnymi, pho bo). Dla amatorów słodkości dostępne są obłędnie wyglądające ciasta i desery - o tych niestety wam nie opowiem, gdyż jako osoba starająca się być na wiecznej diecie słodyczowej po prostu nic nie zamówiłam. Mogę was jedynie zapewnić, że sam ich wygląd był mistrzowski, podejrzewam, że smak również. Dzieć nasz również z zainteresowaniem i pożądaniem przyglądał się wystawionym deserom, głośno krzycząc "poproszę ciasto jagodowe" ;-) Niestety takowego nie było ;-)
Spróbowaliśmy dań zarówno azjatyckich jak i włoskich. Dawid skusił się na pho bo, które było bardzo aromatyczne, rozgrzewające, złożone ze świeżych składników. Zostało podane z makaronem udon, jajkiem, kapustą pak choi. Jak na mój gust nieco za ostre, dla Dawida idealne :-)
Tym razem i ja zdecydowałam się na Azję - makaron udon w sosie curry z kurczakiem i świeżą kolendrą. To moje smaki :-) Jeszcze jakiś czas temu na pytanie o to, czy wolę kuchnię włoską czy azjatycką, zdecydowanie wybrałabym tę pierwszą. Dziś ten wybór nie jest dla mnie tak oczywisty. To dlatego, że poznałam takie cudeńka, że posmakowałam kuchni tajskiej, indonezyjskiej. Okazało się, że w moim sercu i żołądku ;-) jest miejsce nie tylko dla pasty, dla risotto czy gnocchi. Smakowałam więc sobie mój zamówiony udonik, mimo że ostre było dość i spokój oraz błogość roznosiły się po moim ciele :-) Tak oto się czułam - wszystko było na swoim miejscu :-)
Ala zajadała gnocchi w sosie pomidorowym - smakowało i jej i nam, gdyż mieliśmy tę przyjemność dojadać po niej :-) Sos pomidorowy był delikatny, kremowy. Na plus dla restauracji zaliczam propozycję podania 1/2 dania dla dziecka oraz zaproponowanie potrawy spoza menu, która odpowiadała w 100% gustom naszej młodzieży. Brawo! ;-)
W restauracji brak niestety udogodnień dla dzieci. Nie zauważyliśmy krzesełka do karmienia, przewijaka (a toaleta jest na tyle mała, że trudno w niej w ogóle przebrać dziecko), miejsca do nakarmienia malucha. Brak jest menu dziecięcego, jednak spokojnie z dań restauracyjnych z karty czy zaproponowanych przez obsługę, można wybrać coś odpowiedniego dla dziecka. Jak widać na powyższym obrazku fotele znajdujące się w Corcovado są odpowiednie dla dzieci (lat 2) - swobodnie siedząc w nich same mogą pałaszować pyszności. Przestrzeń restauracyjna umożliwia w miarę swobodne poruszanie się młodzieży. Nastawienie obsługi do małych gości bardzo pozytywne, czuliśmy się zaopiekowani :-)
O ile te trudności natury organizacyjnej przy wizycie z małym maluszkiem wam nie przeszkadzają (przewijak, brak miejsca do nakarmienia malucha), to polecam wam to miejsce. Jestem też przekonana, że we wszelkich trudnościach pomoże wam naprawdę miła i przyjazna obsługa. A wy bez dylematu, czy dziś Włoch czy Azja, będziecie mogli zakosztować pysznych dań z włosko-azjatyckiej karty.
CO: Corcovado Delight
GDZIE: ul. Cybińska 13, Poznań
JAK: kuchnia włoska i azjatycka
WWW: https://www.facebook.com/corcovado.cafe/
DLA DZIECKA: brak udogodnień dzieciowych
W restauracyjnym menu znajdziecie potrawy typowe dla kuchni włoskiej (jak pasty wszelakie m.in. uwielbiane przez Dawida spaghetti aglio olio, gnocchi) jak i dla kuchni azjatyckiej (m.in. udon z dodatkami różnymi, pho bo). Dla amatorów słodkości dostępne są obłędnie wyglądające ciasta i desery - o tych niestety wam nie opowiem, gdyż jako osoba starająca się być na wiecznej diecie słodyczowej po prostu nic nie zamówiłam. Mogę was jedynie zapewnić, że sam ich wygląd był mistrzowski, podejrzewam, że smak również. Dzieć nasz również z zainteresowaniem i pożądaniem przyglądał się wystawionym deserom, głośno krzycząc "poproszę ciasto jagodowe" ;-) Niestety takowego nie było ;-)
Spróbowaliśmy dań zarówno azjatyckich jak i włoskich. Dawid skusił się na pho bo, które było bardzo aromatyczne, rozgrzewające, złożone ze świeżych składników. Zostało podane z makaronem udon, jajkiem, kapustą pak choi. Jak na mój gust nieco za ostre, dla Dawida idealne :-)
Tym razem i ja zdecydowałam się na Azję - makaron udon w sosie curry z kurczakiem i świeżą kolendrą. To moje smaki :-) Jeszcze jakiś czas temu na pytanie o to, czy wolę kuchnię włoską czy azjatycką, zdecydowanie wybrałabym tę pierwszą. Dziś ten wybór nie jest dla mnie tak oczywisty. To dlatego, że poznałam takie cudeńka, że posmakowałam kuchni tajskiej, indonezyjskiej. Okazało się, że w moim sercu i żołądku ;-) jest miejsce nie tylko dla pasty, dla risotto czy gnocchi. Smakowałam więc sobie mój zamówiony udonik, mimo że ostre było dość i spokój oraz błogość roznosiły się po moim ciele :-) Tak oto się czułam - wszystko było na swoim miejscu :-)
Ala zajadała gnocchi w sosie pomidorowym - smakowało i jej i nam, gdyż mieliśmy tę przyjemność dojadać po niej :-) Sos pomidorowy był delikatny, kremowy. Na plus dla restauracji zaliczam propozycję podania 1/2 dania dla dziecka oraz zaproponowanie potrawy spoza menu, która odpowiadała w 100% gustom naszej młodzieży. Brawo! ;-)
W restauracji brak niestety udogodnień dla dzieci. Nie zauważyliśmy krzesełka do karmienia, przewijaka (a toaleta jest na tyle mała, że trudno w niej w ogóle przebrać dziecko), miejsca do nakarmienia malucha. Brak jest menu dziecięcego, jednak spokojnie z dań restauracyjnych z karty czy zaproponowanych przez obsługę, można wybrać coś odpowiedniego dla dziecka. Jak widać na powyższym obrazku fotele znajdujące się w Corcovado są odpowiednie dla dzieci (lat 2) - swobodnie siedząc w nich same mogą pałaszować pyszności. Przestrzeń restauracyjna umożliwia w miarę swobodne poruszanie się młodzieży. Nastawienie obsługi do małych gości bardzo pozytywne, czuliśmy się zaopiekowani :-)
O ile te trudności natury organizacyjnej przy wizycie z małym maluszkiem wam nie przeszkadzają (przewijak, brak miejsca do nakarmienia malucha), to polecam wam to miejsce. Jestem też przekonana, że we wszelkich trudnościach pomoże wam naprawdę miła i przyjazna obsługa. A wy bez dylematu, czy dziś Włoch czy Azja, będziecie mogli zakosztować pysznych dań z włosko-azjatyckiej karty.
CO: Corcovado Delight
GDZIE: ul. Cybińska 13, Poznań
JAK: kuchnia włoska i azjatycka
WWW: https://www.facebook.com/corcovado.cafe/
DLA DZIECKA: brak udogodnień dzieciowych
wtorek, 16 lutego 2016
Humhum
Za długo nie tłumacząc się, dlaczego tak długo mnie tu nie
było (bo praca, bo dom, bo dzieć chory, bo wolałam obejrzeć film ;-P) wracam do
pokazywania wam, jak smakowaliśmy ostatnio we trójkę. Żeby was nie zmyliła moja
nieobecność – przez ostatni miesiąc udało się nam odwiedzić Yeżyce Kuchnia,
Thanh Ha, Raj, Cafe Bajarka, Blubra Cafe, Czarne Mleko i Humhum, do którego
zabieram was dziś.
To było tak. Sobota, leniwe przedpołudnie, czyli standard –
zakupy, wizyta u pediatry (sezon chorobowy w pełni, nie pomaga pogoda typu
„wilgoć i zgnilizna” – cyt. pediatry), sprzątać by trza, obiad ugotować by
trza, ale po co, gdy tuż tuż, dosłownie 7 minut tramwajem od naszego domu można
spróbować fantastycznej libańskiej kuchni. Początkowo planowaliśmy spróbować
pulled pork’ów, ale że Wyczesane Porki w soboty otwarte dopiero od 16:00,
szukaliśmy czegoś innego. My do 16:00
dalibyśmy radę wytrzymać, dla spróbowania porków wszystko, ale dzieć nie
wybaczyłby nam tego ;-) 14:00 obiadek musi być ;-) Zatem przepiękna Śródka na
spacer i jedzonko w Humhum.
Przez ani jedną minutę przebywania w tej restauracji nie
żałowałam naszej decyzji. Począwszy od menu, którego samo czytanie doprowadzało
moje kubki smakowe do szaleństwa, skończywszy na samym jedzeniu. Na początek
hummus z awokado i kolendrą, podany z libańskim chlebkiem, zielonymi i czarnymi
oliwkami oraz jabłuszkiem kaparowym. Pełna miska z wielkim jak naleśnik chlebem
jedyne 13 zł, dobrze jest? Hummus kocham miłością od pierwszego spróbowania,
kręcony był w mej własnej kuchni przeze mnie i szczerze nie wiem, dlaczego
zaprzestałam kręcenia ;-) Teraz przypomniało mi się, jak pyszna jest ta pasta,
jak ciekawie można ją połączyć z innymi składnikami (w Humhum zjecie hummus na
kilka sposobów, m.in. w tej smakowanej przeze mnie wersji). Dawid spróbował kremowej
zupy z czerwonej soczewicy – była rozgrzewająca, dość pikantna. Młoda jako
amator zup wszelakich upierała się, że spróbuje, co skończyło się małym
wypadkiem ;-) Zupa była dla niej zbyt doprawiona, więc żeby „zabić” ostry smak
podałam jej hummus. Niestety ten też nie przypadł do gustu – skończyło się na
pluciu wszystkim dookoła ;-) Na szczęście był jeszcze tłoczony sok jabłkowy,
który ukoił jej mocne doznania smakowe ;-)
Na danie główne zamówiłam wegetariański falafel. Dawid jako
urodzony optymista i osoba patrząca na wszystko
przez różowe okulary zapowiedział „Na pewno? Będzie tłuste, wysuszone i
niedobre, no ale jak chcesz ryzykować...”. Opłaciło mi się to ryzyko – falafel (
podany w kształcie serduszka – czy to tak walentynkowo czy standardowo? nie wiem ;-))
pierwsza klasa - pachnący, chrupiący, bardziej jak pieczony niż smażony,
delikatny. Podany z grillowaną cukinią, bakłażanem, marynowanymi warzywami, z
sosami i libańskim chlebkiem. Mniam. Porcja olbrzymia (a koszt 17 zł!),
najadłam się ja, Ala a i jeszcze Dawid spróbował. Jemu również smakowało J Jego danie, jagnięcina w pomidorach, równie pyszne, aromatyczne, pełne przypraw, smakowało i
młodzieży. Podsumowując temat jedzenia: jest bardzo dobrze, jest smacznie, jest
dużo.
Organizacyjnie wizyta z dzieckiem tam może być trudna.
Restauracja jest malutka, stoliki postawione są bardzo blisko siebie, są też
niewielkie, więc rozkładanie się z dziecięcym majdanem to nie tu ;-) Nie ma
również miejsca na to, by dziecko swobodnie sobie pospacerowało po restauracji –
po pierwsze mała przestrzeń, po drugie w restauracji stoi rozgrzany piec, który
jest po prostu dla maluchów niebezpieczny. Nam trudno było opanować dwulatkę,
która wszędzie musi wejść, wszystko zobaczyć i to najlepiej sama. Brak również
udogodnień dla dzieciaków typu krzesełko, przewijaka nie sprawdziłam (za każdym
razem jak piszę post, przypominam sobie, że miałam to robić, tak samo jak
fotografować zanim zjem swoje danie ;-) ale pracuję nad tym ;-)). W menu ze
spokojem za to znajdziecie potrawy, które można podać dziecku. Czyli można bez
menu "dzieciowego" zaproponować coś zdrowego, lekkiego, smacznego, odpowiedniego
dla malucha.
Chciałabym jeszcze podkreślić bardzo miłą, uprzejmą i
sympatyczną obsługę w restauracji. Lubię również, gdy w restauracji widać kuchnię
i to, jak powstają potrawy. Tu też to znajdziecie. Podoba mi się również
wystrój restauracji, kolory i atmosfera miejsca, nieskrępowana, swobodna, po
prostu przyjazna.
Dla samego jedzenia warto się tu wybrać, mimo pewnych
niedogodności związanych z pobytem tam z dzieckiem. Polecam dla rodziców z
małymi maluszkami (nie chodzącymi) lub nieco bardziej wyrośniętymi, umiejącymi
usiedzieć na miejscu 15 min. (czas jedzenia zakładam ;-)) brzdącami. My
ogarnialiśmy tam dwulatkę - wytrzymała tyle, na ile starczyło jedzenia i picia
;-)
Wrócimy jednak, bo dla tych smaków warto, jest jeszcze kilka
potraw z menu, które chciałabym spróbować. Dziecko najwyżej damy do kuchni do
pomocy ;-)
CO: Humhum
GDZIE: Ostrówek 15, Poznań
JAK: kuchnia libańska
WWW: https://www.facebook.com/humhumpoznan/
DLA DZIECKA: brak udogodnień dla rodzin z dziećmi, ale to jedzenie..... :-)
sobota, 16 stycznia 2016
Cafe Leniwiec
Dziś wpis szczególny, bo urodzinowy. Nasza córa kończy dziś dwa lata, a dokładnie skończyła o 5:40. Dwa lata temu byłyśmy już razem kilkanaście godzin. Kilkanaście intensywnych godzin, podczas których dobitnie dała mi do zrozumienia, co myśli na temat spania ;-) I to nie były przyjazne dla mnie myśli. W kolejnych kilkunastu pokazała mi, że również w nocy spanie jest dla niej przereklamowane. Oczywiście przez te dwa lata dużo w tym (i innych) tematach się zmieniło, ale nadal przyznam, że miałam inne wyobrażenia na temat funkcjonowania dwulatka ;-P To przecież takie duże dziecko ;-)
Tymczasem co dwulatek potrafi?
- powiedzieć "widelca mamy dać!", "taty kapcie moje", "nie do żłobka" ;-P, "o jeeezzzzuuu" ;-) i moje ulubione "tata kocha mamę, mama kocha tatę, tata kocha Alę, mama kocha Alę" ;-*
- zaśpiewać samemu sobie "sto lat", kończąc słowami "niech żyje nam, a kto? Alusia!"
- zażądać: ciepłe/zimne pici, jabuszko/kiwi/parówa/rogala/buła/ogólka/rodzynki, baja o kotku, baja o smoku, baja o statku, o łosiu baja, o śniadanku baja...
- urządzić histerię
- obsługiwać smartfona
- przywołać się do porządku - "ogarnij kobito!"
Dwulatek boi się też Wiedźmina ("boje pana"), ma swoje preferencje ubraniowe, uwielbia zwierzaki ( bez wzajemności).
Czego nie potrafi?
- spać od 20:00 - 8:00 bez pobudek (ale sobie wymarzyłam ;-P)
- jak się obudzi - samemu zrobić sobie śniadanie i zająć się kulturalnie sobą z szacunkiem podchodząc do snu, który tak należy się jego strudzonym rodzicom ;-)
- zorganizować sobie samodzielnego zajęcia na dłużej niż 5 min.
Ale to nic w porównaniu z tym, że nie potrafi przestać być najwspanialszym słodziakiem :-)
Czyż nie? ;-)
Z okazji urodzin zorganizowaliśmy przyjęcie w Cafe Leniwiec, w którym kilka miesięcy temu byliśmy na kawie i słodkościach ( poczytacie o nim tu: http://cafeleniwiec.pl/ i tu: https://www.facebook.com/cafeleniwiec.
Leniwiec to kawiarnia, bawialnia, miejsce warsztatów i zajęć dla dzieci oraz dorosłych, sklep z drobiazgami w jednym. Jak informują nas na stronie internetowej właścicielki: "Naszym marzeniem było stworzenie miejsca, w którym odnajdą się zarówno dorośli, jak i dzieci, miejsca spotkań całych rodzin, czy przyjaciół pragnących spędzić wieczór grając w gry planszowe i wreszcie miejsca pachnącego domowym ciastem. Autorską aranżację wnętrza oparłyśmy z jednej strony na dużym stole idealnym do wspólnego spędzania czasu w większym gronie, a z drugiej na stale dostępnej sali zabaw pełnej inspirujących gier i zabawek, dających dzieciom zajęcie na długi czas." Moim zdaniem udało się to spełnić stu procentach. Kawiarnia jest bardzo przytulna, domowa. Z części kawiarnianej, w której znajduje się ów duży stół (oraz kilka mniejszych, krzesła, fotele) widać część zabawową, w której swobodnie mogą bawić się dzieci. A atrakcji dla nich nie brakuje - książki, gry, klocki, przytulanki, zabawki edukacyjne, mini kuchnia, samochodziki. Do tego wygodne poduchy, na których można się wylegiwać. W tej samej sali znajdują się również wygodne kanapy i stoliki, przy których można wypić kawę czy zjeść coś pysznego.
I w tym miejscu przechodzimy do jedzenia :-) (choć wybaczcie, dziś o tym jedzeniu nieco mniej - naszły mnie refleksje okołourodzinowe, poza tym w Leniwcu na równi z jedzeniem ważna jest dla mnie ta przestrzeń i atmosfera).
Przyjęcie zaczęliśmy od pysznego kremu z pieczonych pomidorów - zupa idealna również dla dzieci, które z prędkością światła pochłonęły swoje porcje. Podana została z oliwą i płatkami migdałów. Miała kremową konsystencję, głęboki pomidorowy smak i zapach lata. Mniam. A poniżej dokumentacja fotograficzna (i na tym kończą się moje dzisiejsze foty ;-) obiecuję wam jednak rozwój w temacie wizualnej strony moich relacji, muszę tylko mniej rzucać się na jedzenie i pamiętać o robieniu zdjęć przed tzw. konsumpcją ;-P).
Następnie kosztowaliśmy pierogów: szpinakowych, ruskich, z wolno duszoną cielęciną, z kapustą i grzybami. Wszystkie farsze smakowite, mnie najbardziej przypadł do gustu szpinakowy i mięsny. Ciasto pierogowe było cienkie, miękkie, idealne.
Na kulinarny plus zasługuje też sam urodzinowy, malinowy tort. Był delikatny, mocno owocowy i dopasowany do małych gości. Podobnie ciasta (sernik, jabłecznik, ciasto cytrynowe) - każde z nich pachniało i smakowało po prostu domowo, pysznie. Do tego piliśmy dobrą kawę i herbatę. I tak sobie biesiadowaliśmy, siedzieliśmy w miłej atmosferze (co niektórzy, inni ogarniali małe towarzystwo ;-))
Polecam wam to miejsce na wszelkie przyjęcia rodzinne z udziałem dzieci.
Jedyny minus, jeśli miałabym się do czegokolwiek negatywnie odnieść, to to, że nasz szesnastoosobowy stolik obsługiwała jedna osoba, w związku z czym zanim wszyscy otrzymali swoje dania czy kawę mijało trochę czasu. Chcąc jeść w tym samym czasie ze wszystkimi, pierwsza z obsłużonych osób musiała się liczyć, że jej danie nieco wystygnie. Mimo tej uwagi, myślę że całe przyjęcie było bardzo udane (poproszę ewentualnie gości o komentarz ;-)), stąd moja pozytywna rekomendacja.
Do Leniwca przyjedziemy pewnie jeszcze nie raz.
Może się tam spotkamy? Chcecie? ;-)
CO: Cafe Leniwiec
GDZIE: os. Na Murawie 8/1, Poznań
JAK: kuchnia domowa (zupy, makarony, pierogi, ciacha)
WWW: www.cafeleniwiec.pl
DLA DZIECKA: wiele by wymieniać ;-) to miejsce stworzone dla dzieci, są tu krzesełka do karmienia, przewijak, nocniczki, przybory higieniczne, podnóżek do umywalki, bawialnia z mnóstwem atrakcji (książki, klocki, przytulanki, gry planszowe, zabawki wszelakie). Menu jest dostosowane do dzieci.
Tymczasem co dwulatek potrafi?
- powiedzieć "widelca mamy dać!", "taty kapcie moje", "nie do żłobka" ;-P, "o jeeezzzzuuu" ;-) i moje ulubione "tata kocha mamę, mama kocha tatę, tata kocha Alę, mama kocha Alę" ;-*
- zaśpiewać samemu sobie "sto lat", kończąc słowami "niech żyje nam, a kto? Alusia!"
- zażądać: ciepłe/zimne pici, jabuszko/kiwi/parówa/rogala/buła/ogólka/rodzynki, baja o kotku, baja o smoku, baja o statku, o łosiu baja, o śniadanku baja...
- urządzić histerię
- obsługiwać smartfona
- przywołać się do porządku - "ogarnij kobito!"
Dwulatek boi się też Wiedźmina ("boje pana"), ma swoje preferencje ubraniowe, uwielbia zwierzaki ( bez wzajemności).
Czego nie potrafi?
- spać od 20:00 - 8:00 bez pobudek (ale sobie wymarzyłam ;-P)
- jak się obudzi - samemu zrobić sobie śniadanie i zająć się kulturalnie sobą z szacunkiem podchodząc do snu, który tak należy się jego strudzonym rodzicom ;-)
- zorganizować sobie samodzielnego zajęcia na dłużej niż 5 min.
Ale to nic w porównaniu z tym, że nie potrafi przestać być najwspanialszym słodziakiem :-)
Czyż nie? ;-)
Z okazji urodzin zorganizowaliśmy przyjęcie w Cafe Leniwiec, w którym kilka miesięcy temu byliśmy na kawie i słodkościach ( poczytacie o nim tu: http://cafeleniwiec.pl/ i tu: https://www.facebook.com/cafeleniwiec.
Leniwiec to kawiarnia, bawialnia, miejsce warsztatów i zajęć dla dzieci oraz dorosłych, sklep z drobiazgami w jednym. Jak informują nas na stronie internetowej właścicielki: "Naszym marzeniem było stworzenie miejsca, w którym odnajdą się zarówno dorośli, jak i dzieci, miejsca spotkań całych rodzin, czy przyjaciół pragnących spędzić wieczór grając w gry planszowe i wreszcie miejsca pachnącego domowym ciastem. Autorską aranżację wnętrza oparłyśmy z jednej strony na dużym stole idealnym do wspólnego spędzania czasu w większym gronie, a z drugiej na stale dostępnej sali zabaw pełnej inspirujących gier i zabawek, dających dzieciom zajęcie na długi czas." Moim zdaniem udało się to spełnić stu procentach. Kawiarnia jest bardzo przytulna, domowa. Z części kawiarnianej, w której znajduje się ów duży stół (oraz kilka mniejszych, krzesła, fotele) widać część zabawową, w której swobodnie mogą bawić się dzieci. A atrakcji dla nich nie brakuje - książki, gry, klocki, przytulanki, zabawki edukacyjne, mini kuchnia, samochodziki. Do tego wygodne poduchy, na których można się wylegiwać. W tej samej sali znajdują się również wygodne kanapy i stoliki, przy których można wypić kawę czy zjeść coś pysznego.
I w tym miejscu przechodzimy do jedzenia :-) (choć wybaczcie, dziś o tym jedzeniu nieco mniej - naszły mnie refleksje okołourodzinowe, poza tym w Leniwcu na równi z jedzeniem ważna jest dla mnie ta przestrzeń i atmosfera).
Przyjęcie zaczęliśmy od pysznego kremu z pieczonych pomidorów - zupa idealna również dla dzieci, które z prędkością światła pochłonęły swoje porcje. Podana została z oliwą i płatkami migdałów. Miała kremową konsystencję, głęboki pomidorowy smak i zapach lata. Mniam. A poniżej dokumentacja fotograficzna (i na tym kończą się moje dzisiejsze foty ;-) obiecuję wam jednak rozwój w temacie wizualnej strony moich relacji, muszę tylko mniej rzucać się na jedzenie i pamiętać o robieniu zdjęć przed tzw. konsumpcją ;-P).
Następnie kosztowaliśmy pierogów: szpinakowych, ruskich, z wolno duszoną cielęciną, z kapustą i grzybami. Wszystkie farsze smakowite, mnie najbardziej przypadł do gustu szpinakowy i mięsny. Ciasto pierogowe było cienkie, miękkie, idealne.
Na kulinarny plus zasługuje też sam urodzinowy, malinowy tort. Był delikatny, mocno owocowy i dopasowany do małych gości. Podobnie ciasta (sernik, jabłecznik, ciasto cytrynowe) - każde z nich pachniało i smakowało po prostu domowo, pysznie. Do tego piliśmy dobrą kawę i herbatę. I tak sobie biesiadowaliśmy, siedzieliśmy w miłej atmosferze (co niektórzy, inni ogarniali małe towarzystwo ;-))
Polecam wam to miejsce na wszelkie przyjęcia rodzinne z udziałem dzieci.
Jedyny minus, jeśli miałabym się do czegokolwiek negatywnie odnieść, to to, że nasz szesnastoosobowy stolik obsługiwała jedna osoba, w związku z czym zanim wszyscy otrzymali swoje dania czy kawę mijało trochę czasu. Chcąc jeść w tym samym czasie ze wszystkimi, pierwsza z obsłużonych osób musiała się liczyć, że jej danie nieco wystygnie. Mimo tej uwagi, myślę że całe przyjęcie było bardzo udane (poproszę ewentualnie gości o komentarz ;-)), stąd moja pozytywna rekomendacja.
Do Leniwca przyjedziemy pewnie jeszcze nie raz.
Może się tam spotkamy? Chcecie? ;-)
CO: Cafe Leniwiec
GDZIE: os. Na Murawie 8/1, Poznań
JAK: kuchnia domowa (zupy, makarony, pierogi, ciacha)
WWW: www.cafeleniwiec.pl
DLA DZIECKA: wiele by wymieniać ;-) to miejsce stworzone dla dzieci, są tu krzesełka do karmienia, przewijak, nocniczki, przybory higieniczne, podnóżek do umywalki, bawialnia z mnóstwem atrakcji (książki, klocki, przytulanki, gry planszowe, zabawki wszelakie). Menu jest dostosowane do dzieci.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









